Friday, 1 May 2009

Pork Inflence and Swine Influenza (polish only sorry)

Hej
Jestem sobie w Meksyku teraz i do tego w Mexico City wiec razem ze mna zyje tu jakies 25 mln osob, ufff liczby przygniataja tak samo jak tlok ale mozna sie przezwyczaic. Pewnie wszystkich was interesuje jak wyglada sytuacja odnosnie swinskiej grypy, a moze nie bo wiece z telewizji i prasy. Postaram sie opisac wszystko ale zacznijmy od poczatku.

Przyjechalem do miasta i beztrosko spedzilem pierwsza noc na lotnisku, poniewaz moj samolot wyladowal w srodku nocy a Mexico city nie nalezy do tych miejsc, gdzie mozna spacerowac po nocach z wielkim plecakiem. Nastepnego dnia znalazlem tani hostel i odrazu poszedlem do biura agencji dla ktorej mialem pracowac. Mile i cieplo mnie przyjeli i nawet kupili obiad ;) wytlumaczono mi czego odemnie oczekuja i co bedzie nalezalo do moich obowiazkow. w zasadzie obowiazkow mam niewiele a i praca dosc przyjemna. Raz badz dwa razy w tygodniu jezdzimy za miasto do malej spolecznosci, koledzy z pracy organizuja kursy dla kobiet nalezacych do spolecznosci i staraja sie pomoc im zmienic pozycje w jakiej sie znajduja tj. nikt sie z nimi nie liczy i wszyscy (tzn. mezczyzni) maja je w d.... Ja fotografuje caly proces by pozniej moc zrobic ulotki, broszury naglasniajace cala sprawe itp. Mamy tez wielkiego sponsora, ktory miejmy nadzieje w tym miesiacu podpisze kontrakt na sporo pieniedzy dla kobiet. Dzieki temu powstanie mnostwo kuchenek typu Lorena (spalaja o 60% mniej drewna niz normalne) i zbiornikow na wode pitna. Do spolecznosci dociera pitna woda tylko 2 razy w tygodniu i nie ma tak ze mozna wyjsc i kupic w sklepie. Na to nie ma pieniedzy jak zarabia sie 15zl dziennie i trzeda wykarmic 8mioro dzieci :/
Trzymajcie kciuki zeby L'oreal podpisal umowe.

Meksykanie sa naprawde bardzo goscinni, gdy moi wspolpracownicy dowiedzieli sie ze szukam mieszkania, wszyscy (jest ich troje) zaproponowali ze moge zamieszkac z nimi. Zdecydowalem sie na propozycje jednego z nich. Migel Angel mieszka w sporym budynku ktory nalezy do jego rodziny. Sa trzy pietra i na kazdym mieszka jego rodzenstwo z rodzinami a na parterze matka. Mi przypadlo male, nieumeblowane mieszkanko na ostatnim pietrze i w zasadzie za symboliczne pieniadze moge sobie tam urzedowac. Czytajac mieszkanie pewnie przychodzi wam na mysl takie zwyczajne polskie m2, nic bardziej mylnego. Wszystkie okna wychodza na przerosnieta klatke schodowa, ktora w zasadzie jest czyms w stylu pionowego tunelu. Drzwi do kazdego z mieszkan wychodza na ta ze klatke schodowa, ale sa przeszklone (przeciez mieszka tam rodzina i kazdy sie zna wiec po co komu normalne dzwi). Maja troszke inne pojecie prywatnosci. W kazdym razie dzieki temu nie czuje sie samotny bo zawsze ktos na mnie krzyknie, zawola na obiad albo poprostu przyjdzie zeby pomeczyc mnie po hiszpansku ;) tak przy okazji moj Hiszpannski jest nadal do bani :( kurcze ja naprawde jestem antytalenciem jezykowym, a szkoda bo chcialbym mowic po hiszpansku.

Samo miasto jest niesamowite, bardzo przypomina mi mrowisko. Na bardzo malej powierzchni zyje tele ludzi ze nie da sie tego wyobrazic. 25 mln osob. Jest tu wszystko czego dusza zapragnie i wszystko to od czego woleli byscie trzymac sie z daleka. To miasto ekstremow, tak jakby sie odwrocilo krzywa Gausa ;) wszystko dzieje sie na koncach osi a srodek taki troche nudnawy. Jedzenie sprzedaja na kazdym rogu:
Tacos (moje ulubione chicheron (siekana smazona swinska skora w skrocie SSSS:) albo suadero)
Tortas
Enchiladas
Tamales
Posole
Quesillas i duzo duzo wiecej ale wieprzowina jest dla mnie najlepsza;)
zakochalem sie w meksykanskiej kuchni.Na poczatku troch bylo mi pikantnie ale po kilku dniach zrozumialem o co chodzi. Teraz jak mnie w ustach nic nie pali to jedzenie troche mniej smakuje. hehe mowia ze mam psi zoladek bo jako jedyny obcokrajowiec jakiego poznali, nie mialem rozstroju zoladka jak tu przyjechalem :) moze jakies meksykanskie geny heh. Poznalem sporo osob i bardzo duza czesc mlodych osob mowi po angielsu i wszyscy z amerykanskim akcentem, mimo ze nie lubia amerykanow. Pewnego dnia zmuszony bylem wziac taksowke bo spozniony bylem na spotkanie. Wskoczylem do malego zielono-bialego garbusa z wymontowanym przednim siedzeniem i dzwiami na sznurku. Wytlumaczylem gdzie chce sie dostac i dodalem jeszcze, z koslawym akcentem, "muy rapido, porfavor" kierowca na mnie spojrzal ale nic nie powiedzial. Po 2 min z grobowa mina i pogarda malujaca sie na twarzy spytal:
- Americano?
- No, Dios mio, No! - odpowiedzialem - soy Polaco! de Polonia!
- Polaco??? - jego twarz zmienila sie w mgnieniu oka i wykrzyczal - Juan Pablo Secundo!!!
- Si - odpowiedzialem, i dodalem polglosem po polsku - a w zasadzie to nie ja...
Kierowca na szczescie juz nie sluchal, poplynela rzeka slow z ktorych niestety niewiele zrozumialem. Jednak ogolny kontekst odebralem calkowicie dobrze. Taksowkarz poprostu byl bardzo wierzacy i nigdy jeszcze nie spotkal polaka. Zaszczycony byl miec w taksowce typa z tego samego kraju co jego ukochany papiez i nawet nie policzyl mnie za kurs ;) hehe to juz dwa do zera (kiedys dostalem sniadanie za darmo jak powiedzialem ze jestem z kraju papieza ;)

Ale dosc juz o tym pewnie woleli byscie poczytac o grypie i jak to naprawde wyglada. Otoz, mi to wyglada na epidemie ale epidemie paniki. Otoz nikt nie wie kim sa ofiary ani chorzy, nikt ich nie zna, nigdzie nie widac ich rodzin, nic. Zaczelo sie w piatek 24 kwietnia, na moje nieszczesnie ja w tym czasie czulem sie jakos tak grypowo ( no wiecie bol gardla i miesni, takie tam) ja nie majac telewizji i nie znajac hiszpanskiego nic nie wiedzialem. Jak wieczorem poszedlem do sasiada poprosic o jakies witaminy, ten zrobil tak wielkie oczy jakich w zyciujeszcze nie widzialem i jakajac sie powiedzial ubieraj buty jedziemy do szpitala, teraz byla moja kolej na duze oczy. Zanim wytlumaczyl mi o co chodzi cala rodzina zdazyla juz sie zebrac na okolo mnie zaslaniajac twarz maskami. Niezly hard core, pomyslalem. Udalo mi sie ich przekonac ze to tylko przeziebienie ale jak tylko poczuje sie gorzej to pozwole sie wiezc na izbe przyjec. Nastepnego dnia rano pobieglem na market i kupilem duzo czosnku, miodu i limonek. Zrobilem z tego koktajl i wypilem rano, poludnie, wieczor. Smakuje obrzydliwie ale pomaga. Nastepnego poranka obudzilem sie czujac sie jak nowonarodzony, niestety pachnac hmmm... conajmniej nie jak noworodek. Grunt w tym ze to niebyla swinska grypa i musze przyznaac ze kamien spadl mi z serca. Tego samego dnia wladze postanowily zabronic restauracja podawania jedzenia, mozna kupic tylko na wynos. Ludzie usluchali ale nie bez sprzeciwow i rozczarowan. Wielu ludzi zyje tu z dnia na dzien i tajk naprawde nie moga sobie pozwolic na taka przerwe w interesie. Oni podniesli alarm ale wladze w odpowiedzi podniosly 1 stopien z 3 na 4 w 6 stopniowej skali epidemii. Ludzie zamilkli. Na 5,6,7 stronie gazet mozna przeczytac o dziwnych prawach jaki zostaly uchwalone w dniach epidemii jak np. policjanci patrolujacy ulice po cywilnemu badz stworzenie agencji, ktora jest upowazniona do kontrolowania rozmow telefonicznych i e-maili kogokolwiek chca. Niestety nikt o tym nie mowi bo nikt sie tym nie przejmuje w czasie zarazy, prawda? madrze pomyslane.
Na poczatku tygodnia wladze szokowaly wszystkich iloscia zarazonych i ofiar. ponad 150 zmarlych i ponad 1000 zarazonych, ludzie popadli w panike i do tego przyszlo trzesienie ziemi 5.7 stopnia w skali Richtera. Zaczeto mowic ze nawet ziemia zatrzasla sie ze strachu przed swinska grypa. W srode podniesiono stopien epidemi na kolejny, tym razem juz 5 poziom i zredukowano liczbe ofiar ze 169 do 9 i liczbe zarazonych z ponad 1000 do 91. Ludzie zaczeli sie zastanawiac oco w tym wszystkim chodzi i zdecydowanie mniej z nich nosi maski (co akurat nie jest dobrym pomyslem) ale tak juz zareagowali. Nadal jednak sie boja i czuc ten strach w powietrzu. Zamkniete szkoly, kina, teatry i restauracje zmusily wiekszosc do siedzenia w domu, tylko ci ktozy sa bardziej odwazni wychodza i w ten sposob zaludniaja parki i place gdzie normalnie niewielu spedza czas. Ciekawe jak to sie skonczy.... mam nadzieje ze szczesliwie.

Pozdrawiam wszystkich




Hey , guys Im sorry that this post its just in polish but im really busy now and dont have time to translate it. Will try to do that as soon as possible. sorry

6 comments:

  1. czyli tak jak myslalam, i tak jak mowil moj kumpel, wyglada to na jakies potezne narzedzie manipulacji, swoja droga smieszne pewnie byc tam i to wszystko obserwowac. Jakos tak jezdzac po swiecie coraz bardziej sie przekonuje jak wszyscy dajemy sie wkrecac i wierzymy w to co mowi pan w telewizorze. Haha, a reakcja typu Juan Pablo Secundo jest zajebista no nie, przynajmniej gdzies nas lubia;)Jak dlugo bedziesz w Meksyku?

    Oye mi cuate!
    Cuidate mucho y pasatela super chido, guey! (jak u Ciebie ze slangiem CHILANGO? ;))

    ReplyDelete
  2. Cześć mój Ty Podróżniku ;) zamartwiałam się o Ciebie przez te zewsząd dobiegające mnie informacje o epidemii (Telewizja jak zwykle przejaskrawia wszystko z tego co widzę :> )musiałeś się tam znaleźć akurat teraz :P pewnie specjalnie żeby wszystkich postraszyć. Dbaj o siebie i wcinaj witaminki. w masce chodzisz? :) ciesze się że nadal trafiasz na przyjacielskich i otwartych ludzi :) tak trzymaj :) no ale sępienie na J.P.II to już chyba przesada co? :> żart :) to miło że jako Polak, rodak Papieża jesteś tam tak pozytywnie odbierany, to tylko świadczy o jego wielkości i tym jak bliski był ludziom. Wracające jednak do Ciebie, mam nadzieje ze nie tylko objadasz się meksykańskim jedzonkiem ale tez uczysz się je przyrządzać :) jak wrócisz to będziesz gotował hihi Buziole Łobuzie ;) odpisałbys czasem na maila :P / Agatson

    ReplyDelete
  3. witam witam mi się najbardziej podobał fragment o krzywej gaussa, nieznany dotąd mi talent się objawił :)))) jak zaczęli temat o EPIDEMII, też pomyślałam o Tobie, na szczęście jesteś cały i zdrowy...kolorowych masek :) i bliskich ludzi w dużych ilościach życzę. uściski K.T.

    ReplyDelete
  4. faaaajny blog, dobrze piszesz :)

    ReplyDelete
  5. HEJ!
    AGATKO MYSLE ZE PO SWINSKA GRYPE NIE TRZEBA DO MEKSYKU JECHAC, MOZE I W BIALYM BORZE (LECZ NIE DAJ BOZE) ZNAJDA SIE PRZYPADKI:) HEHE...
    A TY NIGDZIE NIE JEDZIESZ PAZDZIOCHU???
    (MAM NA MYSLI AGATSON)
    NIEZLE ZE NA JARA BLOGU PISZE DO AGATSON...JAKAS KOMEDIA:)
    DO CIEBIE JARO TEZ NAPISZE KIEDYS...TAK SAMO JAK KIEDYS PRZYJADE DO BIALEGO BORU...
    BUZIAKI DLA PAKI
    NATI

    ReplyDelete
  6. hehe Nati :) ja malo sie jeszcze nadaje na dalekie podroze ;) ale za Toba tez juz cholernie tesknie ;) i faktycznie smiesznie to wyglada ze Juaro musial az do Am.Poludniowej pojechac zebysmy sie zgadaly Ty Szalona hehe
    Jaro jak widzisz same pozytywne wpływy na ludzi masz :D buzka/Agatson

    ReplyDelete