Sunday, 15 March 2009

The Market, The Sea, The Hot Tab and The Altitude Sickness



No to wyladowalem w Otavalo. Bylo dosc pozno jak przyjechalem ale i tak jakis bachor znalazl sie na ulicy zeby oblac mnie woda a inny jakas smierdzaca piana (taki zwyczaj tu maja w karnawale). Znalazlem tani hostel i poprostu poszedlem spac bo bylem wykonczony. Nastepnego dnia wybralem obejrzec to z czego slynie Otavalo - market. Byla sroda wiec zaraz po sobocie najlepszy dzien handlowy. Musze przyznac ze zaskoczyla mnie ilosc stoisk. W miescie nie ma wystarczajaco duzego placu wiec market podzielony jest na 4 czesci. Kazda bardziej zywa niz poprzednia. Ogromna wiekszosc sprzedajacych to indianie z okolicznych wiosek. Kobiety wygladaja przepieknie. Dlugie czarne spodnice, chaftowane koszule, zlote korale i kolorowe szale. Piekne. Niestety nie latwo jest zrobic zdjecie bo jak cie przyuwaza to chca od $3 do $5 :/ na co mnie nie stac. Jako ze nie bylem zainteresowany rekodzielem ani tkaninami, wiekszosc dnia spedzilem przy warzywach i owocach gdzie staralem sie sprobowac wszystkiego czego wczesniej nie widzialem. Zdziwilem sie jak niewiele rzeczy probowalem :/ a smak owocow ktore znalem jest i tak inny - lepszy. Banany sa wspaniale, ananasy tak slodkie i miekkie ze gdyby nie wyglad nigdy bym nie zgadl co jem a mango poprostu nie da sie opisac, mozna za nie zabic. Nie najciekawsza mialem noc po takich mieszankach ;)

Nastepne dwa dni lazilem po okolicy czekajac na sobote i ta magie ktora podobno ze soba przyniesie. Odwiedzilem okoliczne wioski i widzialem jak terazniejsi indianie zyja. Pranie w rzece, mycie tez (zaslaniaja sie wielka czatna plachta. Niestety ta sama regula w stosunku do zdjec. Jedna z wiosek (Peguche) zrobila na mnie spore wrazenie a w zasadzie wodospad, ktory tam jest. Takiego jeszcze nie widzialem, jest bardzo...... zielony tzn. nie woda ale to co widac do okola. Nie ma skal, sama zielen. Zdjecia sa w galeri wiec sami mozecie ocenic. W miedzy czasie dostalem maila od Krystiana (poznalem go w Los Cedros) ze jest na wybrzezu i zebym wpadl na pare dni. Jako ze nie wiedzialem gdzie mam jechac po Otavalo postanowilem zlapac w soboote nocny autobus do Puerto Lopez.

Przyszla sobota i cale miasto zamienilo sie w wielki market. Nie zartuje. Kazda ulica od poczatku do konca zapelniona byla stoiskami. Ludzie przekrzykiwali sie nawzajem. Atmosfera byla dosc napieta, kazdy chcial cos zarobic a konkurencja przeciez byla wszedzie. Dosc to zabawne, zatrzymalem sie przy jednym z 10 ustawionych pod rzad sprzedawcow bananow zeby kupic kilka, ci stojacy obok momentalnie zaczeli krzyczec:
tez mam banany, po takiej samej cenie, nic sie nie roznia od jego, kup odemnie, no dalejjjjj, banany, MAM BANANY!!!
Troche to meczace ale ma swoj urok. Zwierzecy market jest niesamowity. Krzyk niezadowolonych swin slychac wszedzie a wiecie jak to brzmi...jakby je zarzynali na miejscu. Mrozi krew w zylach. Swinki morskie kosztuja od $2.5 do $5 w zaleznosci od wielkosci i sa dosc popularne. Koty, Psy, Krowy, Byki, Owce, Swinie, Kury, Kurczaczki, Swinki morskie, Barany, Koguty ehhhhh wszystko. No i wszedobylscy turysci, ktorzy lituja sie nad losem tych wszystkich zwierzat. Placzace amerykanki probujace przemowic do rozsadku 70 letniej indiance ze do klatki 30x30cm nie zmiescie sie 6 kotow, dla mnie to byl troche smieszny widok. Zwierzecy market to moj ulubiony bo przynajmniej nikt nie namawia cie do kupna bo wiedza ze i tak nic z tego.

Po poludniu jak atmosfera zaczela juz troszke przygasac zlapalem autobus do Quito zeby tam sie przesiasc do autobusu nad ocean. Zajelo to jakies 14h ale w koncu dojechalem. Puerto Lopez bylo dosc brudne dlatego ucieszylem sie ze Krystian znalazl wioske troszke na poludnie, tam przynajmniej bylo czysto. Zlapalem stopa i na tyle pickupa dojechalem na miejsce niestety tam okazalo sie ze cos sie stalo w Quito i Krystian musial wracac. Zostalem sam nad morzem, za ktorym nie przepadam szczegolnie. Nudno. Niec tylko szzzzzzumi :/ Na szczescie poznalem ciekawych ludzi z Chile. Bardzo uduchowieni, tacy hipisowaci. Dobrze sie z nimi bawilem i nawet powiedzieli mi kim jestem wedlog starego kalendarza Inkow. Niestety po hiszpansku wiec nie wiele rozumiem. Jezeli ktos z was wie co to znaczy prosze o tlymaczenie:

TZOL KIN (Luna Planetaria)
"Yo perfecciono conel fin de purificar. Produciendo flujo. Yo sello el proceso del agua universal. Con el tono planetario de la manifestacion. Yo soy guiado por el poder de la navegacion"

Wymienilismy sie mailami i obiecalem ze jak bede w Chile to sie odezwe. Wspolnie zlapalismy stopa z tym ze ja jechalem tylko 20km dalej na jedna z 5 najladniejszych plaz na swiecie wg. National Geographic. Nazywa sie Los Frailes i faktycznie jest niezwykla, niestety bateria w aparacie zdechla a zapasowa zostawilem w namiocie. Zdjec niema :(

Oceam i wybrzeze szybko mi sie znudzilo wiec postanowilem jechac dalej na poludnie. Szybko zatrzymal sie dziwny facet ;) bardzo mily ale samochod przystrojony byl podobiznami jakiegos hindusa z afro. Wyjasnil mi ze to jego duchowy przywodca i ze pokaze mi swoja spolecznosc jak dojedziemy na miejsce. Troche mi sie spieszylo bo chcialem dojechac przynajmniej do Guyaquil a bylo juz popoludniu. On jednak nalegal i powiedzial ze kupi mi bilet dokad chce jezeli tylko zostane chwile. Dla mnie bomba. Zobaczylem na czym polega jego wiara, wszyscy przyjeli mnie bardzo cieplo. Dostalem wegetarianski obiad i okolo 16 wsadzili mnie do autobusu do Banios, wiec pojechalem. W autobusie poznalem Amerykanina, ktory wyjechal ze stanow 3 lata temu i poki co dotarl tylko do Ekwadoru :) On tez jechal do Banos wiec cala droge mialem sie do kogo odezwac. Banios okazalo sie bardzo sympatyczna miescina. Male gorskie miasteczko z czynnym wulkanem, ktory powinien wybuchnac kilka lat temu, co sie nie stalo. Teraz poprostu kazdy czeka na erupcje, ktora moze przyjsc w kazdej chwili. W banios jest kilka roznych goracych zrodel ktore naprawde kojaco wplywaja. To miasteczko jest jakies przeklete. Mialem tam byc 2 dni a bylem tydzien. Wiekszosc ludzi z ktorymi rozmawialem podobnie. Poprostu nie mozna bylo znalezc dobrego powodu zeby zostac ani zeby wyjechac. Tam jest tak jakos.....milo. Przez tydzien w zasadzie nie zrobilem nic poza siedzeniem w goracych zrodlach. W koncu udalo mi sie zebrac dosc sily zeby wyjechac i pojechalem prosto do Riobamby. Tam znalazlem naprawde tani hostel $2.5 za noc (mieli nawet ciepla wode) i postanowilem sie dobrze wyspac przed wyprawa na Chimborazo.

Wygasly wylkan Chimborazo jest najwyzszym szczetem Ekwadoru (6310 m.n.p.m.) Chcialem dojechac tam w miare rano wiec zlapalem autobus, niestety kanar sie zagapil i wysadzil mnie 3km dalej niz powinien. Dobrze sie stalo bo widok byl niesamowity a dzikie Vikune biegaly wszedzie. probowalem troche lapac stopa ale jak mi wczesniej powiedziano, na pustkowiach nikt sie nie zatrzyma bo ludzie sie boja. Najlepiej zatrzymywac poza miastami badz wioskami. Ja niestety bylem posrodku niczego i do tego wialo tak ze ziarenka piasku niesione przez wiatr rozcinaly skore jak w nia uderzaly. Cos takiego doswiadczylem tylko raz na polnocy Szkocji ale tu bylo wiecej piasku. Opatulilem sie i w droge! Znalazlem zjazd do parku i juz po 1km pod gore przestalo wiac i zrobilo sie nawet przyjemnie. Przez nastepne 3godz wspielem sie na wysokosc 5000 m.n.p.m z czeko ostatnie 45min zajeli mi ostatnie 400m. Na tej wysokosci to nawet maly spacerek to meczarnia. Czulem sie troche dziwnie ale wiedzialem ze jestem tak wysoko i mialem nadzieje ze nastepnego dnia bedzie juz dobrze. Krecilo mi sie w glowie i bardzo ciezko sie oddychalo. Do tego bylo mi bardzo zimno mimo tego ze bylo okolo 3 stopni. W nocy temperatura spadla do -10 a ja czulem sie jak worek ziemniakow. Rece dretwialy mi w kazdej pozycji, mimo ze mialem wystarczajaco warstw na sobie ze moglbyl spac spokojnie przy -20 to trzaslem sie jak galareta a glowe rozsadzalo od srodka. Jakos udalo mi sie przetrwac noc ale rano jak wmusilem w siebie sniadanie, omalo go nie zwymiotowalem. Zrozumialem ze nici z wejscia troche wyzej. Nie mialem zamiaru wspinac sie na szczet bo nie mialem zadnego sprzetu ale chcialem wejsc choc troche wyzej. Spakowalem sie i resztkami sil zaczalm toczyc sie na dol. Plecak mial chyba z 25kg i nie nioslo sie go przyjemnie. Na szczescie w miare jak schodzilem nizej czulem sie lepiej. Smieszne uczucie, po 1.5godz marszu czulem sie juz dobrze i znowy zaczalem podziwiac widoki. Jak zszedlem do glownej drogi zatrzymalem autobus i wrocilem do Riobamby. Wskoczylem do lozka zeby sie zdrzemnac i obudzilem sie 18godz pozniej glodny jak cholera :) Spakowalem sie i popjechalem w kierunku Ingapirci - moje pierwsze ruiny inkow....



So ive landed in Otavalo. It was a bit late when ive arrived but I was lucky enough to find those two nasty kids on the street who sprayed me with watter and some smelly foam (thats the custom in carnival here). Ive found cheap hostel and went stright to bed. Next day I went to see the famous Otavalo market. It was wednesday so the biggest market day after saturday. I have to admit that its size amazed me (some might say that size does not matter but we all know that is a lie, right?;) The market square is not big enough so the market itself is divided to four parts. Majority of the sellers are Indians from nearby villiges. The women look beautiful! Long black skirts, ........ blouses, gold necklaces and colorful scarfs. Gorgeous. Unfortunately its not easy to take a picture cos if the spot you, you have to pay from $3 to $5 which is a rip off. Most of my time ive spend in the fruit market where ive tried to try all the strange looking fruits:) and there was a lot of them. The flavor of the ones ive tried in europe is different - better. Bananas are amazing, pineapples so sweet and soft that you would never guess what you are eating. You could kill for a mango. The night was quite interesting after such a mixture ;)

For the next two days Ive visited the nearby villages, In was waiting for the Saturday and the magic that apparently comes with it. Ive seen how the indians live. Laundry in the river, baths as well (The cover themselfes with big, black piece of fabric, unfortunately the same rule if you want to snap a quick photo). One of the villages have made quite an impression (Peguche). The waterfall was spectacular, it was all......green. Not the water but the surroundings. No rocks, just plants. The pics are in the gallery so you can see for yourself. Meantime Kristian (guy from Los Cedros) have send me a email that he is on the coast and it would be cool to meet. Since I didnt have any plans I decided to take overnight bus to Puerto Lopez on Saturday.

The Saturday came and the entire City turned into one big market. Im not joking. Every street from the beginning to the end was filled with stands. People were screaming really loud and the atmosphere was a bit intense. Everyone wanted to earn some money and the competition was everywhere. Its quite funny but once Ive stoped to buy some bananas at one of 10 banana stands, the near by sellers have started to scream:
I have bananas as well, the same price, they no different then his, buy fro me, come on, bananas, I HAVE BANANAS!!!
Its a little annoying but it has its own beauty. The animal market is incredible. The noise of unhappy Pigs is everywhere and you know how it sounds, like they where killing them there. Guinea pigs cost from $2.5 to $5 depend on the size and are quite popular. Cats, Dogs, Cows, Bulls, Sheep, Pigs, Roosters, Chickens, Guinea pigs......everything. And the tourists that are everywhere, crying over the poor animals. Crying Americans trying to convince 70 year old indigenous lady that 30x30cm cage is to small for 6 kats, its funny. Animal market is my favourite cos no one tries to sell you things.

In the afternoon when the atmosphere was a little more relaxed ive caught bus to Quito and after that to the coast. It took about 14h but eventually Ive got there. Puerto Lopez turned to be dirty, good that Kristianve found nice small village few km south, there was at least clean. Pickup truck stop for me and ive got there in no time. Unfortunately something happened in Quito and Kristian had to go back. I was left alone in the coast, and is sooooo boring. The Sea is boring. Fortunately Ive met some people from Chile. Very spiritual, a bit hippi. Ive had good fun with them and even theyve told me who I am according to old Inka calendar. Its in spanish so if someone can translate this for me I will be grateful:

TZOL KIN (Luna Planetaria)
"Yo perfecciono con el fin de purificar. Produciendo flujo. Yo sello el proceso del agua universal. Con el tono planetario de la manifestacion. Yo soy guiado por el poder de la navegacion"

Weve exchange emails and Ive promised that will visit them in Santiago. Together we stoped a car but Ive only traveled some 20km north to one of 5 the most beautiful beaches in the world according to National Geographic. Its called Los frailes and really is unusual. Unfortunately battery in my camera died so no pics :(

Ocean and the coast are boring so Ive left quick, going south. Some guyve stoped for me in very strange car. Interior was packed with pictures of some afroman. He explained that he it was his spiritual leader and ill see more once we get to the city. I was in the hurry but the guy was insisting and have said that will buy me a bus ticked wherever I wanted. That works for me :) Once weve got there he explained what his faith is all about, Everyone in the community was really nice and the vegetarian food was just great! Later they put me on the bus to Banios, so I went. On the bus Ive met an American who left States 3years ago but only managed to get to Ecuador so far. Banios Happened to be really nice. Small mountain town but really difficult to leave. Ive wanted to spend there 2 days but actually ive been there for a week. They have active volcano and few really nice hot tabs, for a week I was sitting in the hot tabs. It was nice. I couldnt find a reason to leave or stay. Very strange. Finally Ive left and have gone to Riobamba. Found there really cheap Hostel with worm watter and went to bed cos the next day I was going to Chimborazo.

Inactive volcano Chimboiratzo is the highest peak in Ecuador (6310 m), Ive wanted to get there quite early so ive got a bus bot the "controlador" forgot about me and Ive got off the bus 3km to far. But that was actualy a good thing cos the view was spectacular and wild Vicunas were everywhere. Ive tried to hitchhike but no one stops in the wastelands. People are afraid. The wind was unbearable, small pices of sand where going so fast that once hit the skin, they were cutting it. You could see tiny drops of blood. Crazy. Ive seen that is north of Scotland before but not so much. Ive wrapped myself and went on. Ive found turn to the Park and after a 1km its stoped blowing and became quite nice. For the next 3h ive climbed the altitude of 5000 m. So high up even a small walk turns into a hard task. Ive felt a bit funny but I knew thats because of the altitude. Ive hoped that the next day Ill be fine. I was a little dizzy and it was hard to breath. In addition I was cold, which ive not supposed to. At night the temperature dropped to -10, and i was like a puppet. My arms were going to sleep in any position, despite all the layers I had on I was shaking like jelly and had the worsest headache ever. After one hell of a night, in the morning Ive almost throw up my breakfast. Ive understood that I can go any higher and need to be down as soon as possible. Ive packed my stuff and have pushed myself to go down. Backpack weighted about 25kg and wasnt really easy to carry, fortunately once the altitude dropped ive started to feel better. After 1.5h of walk i was ok and even started to admire the views. Eventually Ive got on the bus to Riobamba and there went stright to bed for a nap. I woke up 18h leater really hungry :) Packed my stuff and went to Ingapirca - my first Inks ruins.....
Just wondered if any one reads that in english?


12 comments:

  1. oj szalony jestes, niewiarygodne ile czlowiek moze zrobic w czasie gdy inny osobnik spedza wolne chwile przed kompem, w takich chwilach sie rozmysla o zasadnosci przyjetych priorytetow. ps. jak to jest czuc sie jak worek ziemniakow??:) usciski K.T.

    ReplyDelete
  2. Myślałeś kiedyś o tym aby napisać książkę o swoich wojażach?? Twoje wpisy są jak bajka które czyta się jednym tchem a obraz zdjęć ubarwia historyjkę:)Pomyślności życzę i szczęścia w dalszej wędrówce:))KS.

    ReplyDelete
  3. Dziekuje za wpis obu Kasia ;)

    Worek ziemniakow czuje sie jak ktos pelen czegos przez co nie moze sie ruszac ;)

    a co do ksiazki to musialbymsie nauczyc pisac i ortografii no i przezyc wiecej, wiecej ale i tak wielkie dzieki :)

    ReplyDelete
  4. swietna definicja ;), 3maj sie cieplo K.T.

    ReplyDelete
  5. O ortografie bym się nie martwiła zawsze znajdzie się rozwiązanie:) A jeśli chodzi o przygody to myślę że Ci ich w życiu nie zabraknie:))KS

    ReplyDelete
  6. MASAKRA Jabol! narescie w zywiole. Gratuluje i zabieram sie do czytania bo widze ze podeszfy zdzierasz na tych bezdrozach. szacun ziomek i uwazaj na nisko latajace komary :) kopciu

    ReplyDelete
  7. Yes Spider, somebody reads this in English:) So don't you dare stop! Or if you prefer, you can always write in Spanish:P

    ReplyDelete
  8. Szczala kopciu. Fajnie ze ktos odwiedza ;)

    Hey Simo, spanish will have to wait but Im getting better :P

    ReplyDelete
  9. HEJ JARO, NA DLUGO TAM WYBYLES? BYLAM NIEDAWNO W BB ALE JAZDA, WSZYSTKO STOI TAK JAK STALO, TYLKO NAS TAM NIE MA...I NIKT TAK NA PRAWDE NIE WIE GDZIE WSZYSCY SA...
    WIEC DOBRZE ZE PISZESZ...DBAJ TAM O SIEBIE...
    MORDA

    ReplyDelete
  10. Jasne że ktoś tu zagląda :p i to w miarę regularnie czekając na dalsze opowieści :) i marząc o tym by kiedyś zdobyć się na to co Ty :) dziękuję że dajesz nam możliwość choć Twoimi oczami to zobaczyć ;) Pozdrówki Szalony Worku Pyrek :) /Agatson

    ReplyDelete
  11. Hej Natka, nie wiem na ile, sie obaczy. Poki co to jest calkiem fajno wiec nie mysle o powrotach. A gdzies Ty, cos ty?

    pozdrawiam wszystkich

    ReplyDelete
  12. JAK TO ZE MNA, TO TU TO TAM JESTEM, TO MAROKO, TO ISLANDIA, MALTA ITD...DLUGIE HISTORIE...MOZE KIEDYS WIECEJ NAPISZE,POKI CO PRACA I NADZIEJE NA DALSZE PODROZE, NIE ZDRADZE GDZIE, JAK SIE ZISCI TO BEDE PISAC:)CZY TEN MAIL JEST AKTUALNY DO CIEBIE? POZDRAWIAM

    ReplyDelete