Witam wszystkich,
Tak szybko chcialem powiedziec ze jestem strasznym leniem i niechce mi sie nic pisac na blogu :( wychodzi na to ze tak juzzostanie wiec nie denerwujcie sie ze cos sie stalo. Dalej bede wrzucal zdjecia do galerii.
Pozdrawiam
Hey Guys, greetz
I just wanted to say that imjust really, really lazy and wont be writing this blog anymore :( It just seems like another obligation that i want to escape from :) the pics still will be in the gallery.
take care
Thursday, 10 September 2009
Thursday, 28 May 2009
Im done with Mexico City
Czolem wszystkim!
Tak jak w temacie, znudzilo mi sie jus siedzenie na tylku w bezruchu. Musze sie gdzie wybrac bo miesto jest tak duze i zatloczone ze zaczelo mnie pozadnie przytlaczac. W sobote (tj. 30 maja) jada na poludnie przez stan Veracruz do Chiapas. Podobno to najladniejszy meksykanski stan a co za tym idzie najbiedniejszy (nie ma przemyslu no i sa lasy). W chiapas mam zamiar pojechac do Panenque, to take spore ruiny majow w sercu dzungli - tyle slyszalem a jak jest naprawde napisze jak juz zobacze.
Kilka dni temu pojechalem do Teotihuacan, i sie zakochalem. najbardziej elokwentnie jak moge to miejsce opisac to
Oprocz tego przez ostatnie pare tygodni w zasadzie duzo nie robilem. Wluczylem sie z aparatem starajac sie zrobic "dramatyczne" zdjecia w temacie swinskiej grypy bo takie dostalem zlecenie od agencji. Tylko jak tu trafic taki foty jak do szpitali wejsc nie mozna (na zezwolenie dalej czekam:) nikt nie zna ofiar wirusa ani nic takiego. W tych calych poszukiwaniach udalo mi sie skataktowac z epidemiologiem pracujacym dla rzadu meksykanskiego. Strasznie rozgoryczony byl pogladami ludzi na temat calej tej epidemii, naswietlil mi jak to wszystko wyglada od podszewki i musze przyznac ze jak skonczyl to przez chwile nie wiedzialem co powiedziec i jak to wszystko ugryzc. A wiec oficjalna liczba ofiar w Meksyku to okolo 150 osob a prawdziwa w samym tylko Distrito Federal to ponad 3 tys !!! Lekarze dostali prykaz od rzadu wpisywania w papiery ofiar wszystko inne byle nie swinska grype. a jak juz nie da sie sfalszowac wynikow to informowano o kolejnych przypadkach WHO po dluzszym czasie od smierci jak juz ciezko stwierdzic czy to faktycznie byla swinska grypa. Nie wiem co rzad mial na uwadza tuszujac tak prawdziwe liczby ale wedlog tego faceta chodzilo uspokojenie ludzi. Po tym co uslyszalem nabralem dystsnsu do tego co slysze i jak kilka dni temu, znowu pojawily sie slozby na przystankach metra rozdajace maski i nawet plyn antybakteryjny do rak (tego nawet nie bylo w czasie tej wielkiej paniki) stwierdzilem ze moze o czyms nam nie mowia. Ciekaw jestem jak to wszystko sie rozwinia ale dosc mam juz miasta i chcialoby sie troche pojezdzic.
Uciekam wiec. Do nastepnego razu!
Hey Guys!
Its like it the title, im really bored of sitting on my ass doing nothing. I need to go somewhere cos the city is so big and crowded that i cant stand it anymore. On saturday (30th of May) ill go south through state of Veracruz to Chiapas. Apparently Chiapas is the most beautiful state here in Mexico and the poorest too. There i want to see Palenque, quite big Mayan Ruins in the hearth of the jungle - thats what i hared but what it really is will tell you later.
Few days ago i went to Teotihuacan, and i fall in love. The best expression i can use now is
Apart from that i havent done much in last few weeks. I was walking around the city trying to take some "dramatic" shots of swine flu cos i got such a request from agency. Sounds easy but its not. I couldnt get to hospitals without special permit (still waiting for one :) no one o knows the names of victims names or nothing. In all that search i found a epidemiologist who work for the government. He was really disappointed with peoples opinions and the position of government. Heve told me how it looks like form the backstage and surprise me in a bad way. SO, the official number of deaths in entire country is about 150, but the true number in Distrito Federel exceeds 3000 !!! Doctors have been told to write in papers something else not the swine flu. In cases that it was impossible to find different cause of death, WHO was informed about new case after certain time when its hard to find a virus in the body. I dont know what the government have intended to achieve by that by the scientist said it was just to come people down cos at that time they were fricking out. After that when i saw, few days ago, people giving away masks and antibacterial gel to wash your hand on the metro (again cos they disappeared for 2weeks) i thought that maybe they not telling us something. Im wonder how this will end but i had enough of the city and need to hit the road again :)
So im going. till next time!
p.s. Theres nice song for you to feel a bit of romantic Mexico :)
Tak jak w temacie, znudzilo mi sie jus siedzenie na tylku w bezruchu. Musze sie gdzie wybrac bo miesto jest tak duze i zatloczone ze zaczelo mnie pozadnie przytlaczac. W sobote (tj. 30 maja) jada na poludnie przez stan Veracruz do Chiapas. Podobno to najladniejszy meksykanski stan a co za tym idzie najbiedniejszy (nie ma przemyslu no i sa lasy). W chiapas mam zamiar pojechac do Panenque, to take spore ruiny majow w sercu dzungli - tyle slyszalem a jak jest naprawde napisze jak juz zobacze.
Kilka dni temu pojechalem do Teotihuacan, i sie zakochalem. najbardziej elokwentnie jak moge to miejsce opisac to
WOW
serio, jest niesamowite. Piramida slonca (najwieksza w amerykach) jest monumentalna! troszke od niej mniejsza pieramida ksizyca ma za to cos w sobie. Czuc tam energie. Wiedzieliscie ze wiekszosc piramid indian budowana byla na ksztalt glowy jaguara? Indianie swoj swiat podzielili na Supramundo i Inframundo. to co widac na zewnatrz to znajduje sie w supramundo i jestesmy w stanie to zobaczyc, reszta it inframundo i nalezy to do wyobrazni. Dlatego piramidy to czesc glowy jaguara od szczeki w gore, zuchwa i reszta ciala lezy w inframundo i trzeba to sobie wyobrazic. Naprawde jak wiecie jak patrzec na piramidy to mozna latwo zobaczyc tego jaguara.Oprocz tego przez ostatnie pare tygodni w zasadzie duzo nie robilem. Wluczylem sie z aparatem starajac sie zrobic "dramatyczne" zdjecia w temacie swinskiej grypy bo takie dostalem zlecenie od agencji. Tylko jak tu trafic taki foty jak do szpitali wejsc nie mozna (na zezwolenie dalej czekam:) nikt nie zna ofiar wirusa ani nic takiego. W tych calych poszukiwaniach udalo mi sie skataktowac z epidemiologiem pracujacym dla rzadu meksykanskiego. Strasznie rozgoryczony byl pogladami ludzi na temat calej tej epidemii, naswietlil mi jak to wszystko wyglada od podszewki i musze przyznac ze jak skonczyl to przez chwile nie wiedzialem co powiedziec i jak to wszystko ugryzc. A wiec oficjalna liczba ofiar w Meksyku to okolo 150 osob a prawdziwa w samym tylko Distrito Federal to ponad 3 tys !!! Lekarze dostali prykaz od rzadu wpisywania w papiery ofiar wszystko inne byle nie swinska grype. a jak juz nie da sie sfalszowac wynikow to informowano o kolejnych przypadkach WHO po dluzszym czasie od smierci jak juz ciezko stwierdzic czy to faktycznie byla swinska grypa. Nie wiem co rzad mial na uwadza tuszujac tak prawdziwe liczby ale wedlog tego faceta chodzilo uspokojenie ludzi. Po tym co uslyszalem nabralem dystsnsu do tego co slysze i jak kilka dni temu, znowu pojawily sie slozby na przystankach metra rozdajace maski i nawet plyn antybakteryjny do rak (tego nawet nie bylo w czasie tej wielkiej paniki) stwierdzilem ze moze o czyms nam nie mowia. Ciekaw jestem jak to wszystko sie rozwinia ale dosc mam juz miasta i chcialoby sie troche pojezdzic.
Uciekam wiec. Do nastepnego razu!
Hey Guys!
Its like it the title, im really bored of sitting on my ass doing nothing. I need to go somewhere cos the city is so big and crowded that i cant stand it anymore. On saturday (30th of May) ill go south through state of Veracruz to Chiapas. Apparently Chiapas is the most beautiful state here in Mexico and the poorest too. There i want to see Palenque, quite big Mayan Ruins in the hearth of the jungle - thats what i hared but what it really is will tell you later.
Few days ago i went to Teotihuacan, and i fall in love. The best expression i can use now is
WOW
really, its amazing. Pyramid of the Sun The biggest in americas) is magnificent! a little bit smaller Pyramid of the Moon has something magical. You can sense the energy. Did you know that majority of pyramids in amerika were build to imitate the head of Jaguar? Indians divided their world in two, Supramundo and Inframundo. Everything you can see is in Surramundo, the rest is in Inframundo and belongs to imagination. That why pyramids are entire jaguars but that what you can see is just the part of a head from upper jaw, up. The rest lays in inframundo and you need to open your mind and imagine.Apart from that i havent done much in last few weeks. I was walking around the city trying to take some "dramatic" shots of swine flu cos i got such a request from agency. Sounds easy but its not. I couldnt get to hospitals without special permit (still waiting for one :) no one o knows the names of victims names or nothing. In all that search i found a epidemiologist who work for the government. He was really disappointed with peoples opinions and the position of government. Heve told me how it looks like form the backstage and surprise me in a bad way. SO, the official number of deaths in entire country is about 150, but the true number in Distrito Federel exceeds 3000 !!! Doctors have been told to write in papers something else not the swine flu. In cases that it was impossible to find different cause of death, WHO was informed about new case after certain time when its hard to find a virus in the body. I dont know what the government have intended to achieve by that by the scientist said it was just to come people down cos at that time they were fricking out. After that when i saw, few days ago, people giving away masks and antibacterial gel to wash your hand on the metro (again cos they disappeared for 2weeks) i thought that maybe they not telling us something. Im wonder how this will end but i had enough of the city and need to hit the road again :)
So im going. till next time!
p.s. Theres nice song for you to feel a bit of romantic Mexico :)
Labels:
Mexico
10
comments
Friday, 1 May 2009
Pork Inflence and Swine Influenza (polish only sorry)
Hej
Jestem sobie w Meksyku teraz i do tego w Mexico City wiec razem ze mna zyje tu jakies 25 mln osob, ufff liczby przygniataja tak samo jak tlok ale mozna sie przezwyczaic. Pewnie wszystkich was interesuje jak wyglada sytuacja odnosnie swinskiej grypy, a moze nie bo wiece z telewizji i prasy. Postaram sie opisac wszystko ale zacznijmy od poczatku.
Przyjechalem do miasta i beztrosko spedzilem pierwsza noc na lotnisku, poniewaz moj samolot wyladowal w srodku nocy a Mexico city nie nalezy do tych miejsc, gdzie mozna spacerowac po nocach z wielkim plecakiem. Nastepnego dnia znalazlem tani hostel i odrazu poszedlem do biura agencji dla ktorej mialem pracowac. Mile i cieplo mnie przyjeli i nawet kupili obiad ;) wytlumaczono mi czego odemnie oczekuja i co bedzie nalezalo do moich obowiazkow. w zasadzie obowiazkow mam niewiele a i praca dosc przyjemna. Raz badz dwa razy w tygodniu jezdzimy za miasto do malej spolecznosci, koledzy z pracy organizuja kursy dla kobiet nalezacych do spolecznosci i staraja sie pomoc im zmienic pozycje w jakiej sie znajduja tj. nikt sie z nimi nie liczy i wszyscy (tzn. mezczyzni) maja je w d.... Ja fotografuje caly proces by pozniej moc zrobic ulotki, broszury naglasniajace cala sprawe itp. Mamy tez wielkiego sponsora, ktory miejmy nadzieje w tym miesiacu podpisze kontrakt na sporo pieniedzy dla kobiet. Dzieki temu powstanie mnostwo kuchenek typu Lorena (spalaja o 60% mniej drewna niz normalne) i zbiornikow na wode pitna. Do spolecznosci dociera pitna woda tylko 2 razy w tygodniu i nie ma tak ze mozna wyjsc i kupic w sklepie. Na to nie ma pieniedzy jak zarabia sie 15zl dziennie i trzeda wykarmic 8mioro dzieci :/
Trzymajcie kciuki zeby L'oreal podpisal umowe.
Meksykanie sa naprawde bardzo goscinni, gdy moi wspolpracownicy dowiedzieli sie ze szukam mieszkania, wszyscy (jest ich troje) zaproponowali ze moge zamieszkac z nimi. Zdecydowalem sie na propozycje jednego z nich. Migel Angel mieszka w sporym budynku ktory nalezy do jego rodziny. Sa trzy pietra i na kazdym mieszka jego rodzenstwo z rodzinami a na parterze matka. Mi przypadlo male, nieumeblowane mieszkanko na ostatnim pietrze i w zasadzie za symboliczne pieniadze moge sobie tam urzedowac. Czytajac mieszkanie pewnie przychodzi wam na mysl takie zwyczajne polskie m2, nic bardziej mylnego. Wszystkie okna wychodza na przerosnieta klatke schodowa, ktora w zasadzie jest czyms w stylu pionowego tunelu. Drzwi do kazdego z mieszkan wychodza na ta ze klatke schodowa, ale sa przeszklone (przeciez mieszka tam rodzina i kazdy sie zna wiec po co komu normalne dzwi). Maja troszke inne pojecie prywatnosci. W kazdym razie dzieki temu nie czuje sie samotny bo zawsze ktos na mnie krzyknie, zawola na obiad albo poprostu przyjdzie zeby pomeczyc mnie po hiszpansku ;) tak przy okazji moj Hiszpannski jest nadal do bani :( kurcze ja naprawde jestem antytalenciem jezykowym, a szkoda bo chcialbym mowic po hiszpansku.
Samo miasto jest niesamowite, bardzo przypomina mi mrowisko. Na bardzo malej powierzchni zyje tele ludzi ze nie da sie tego wyobrazic. 25 mln osob. Jest tu wszystko czego dusza zapragnie i wszystko to od czego woleli byscie trzymac sie z daleka. To miasto ekstremow, tak jakby sie odwrocilo krzywa Gausa ;) wszystko dzieje sie na koncach osi a srodek taki troche nudnawy. Jedzenie sprzedaja na kazdym rogu:
Tacos (moje ulubione chicheron (siekana smazona swinska skora w skrocie SSSS:) albo suadero)
Tortas
Enchiladas
Tamales
Posole
Quesillas i duzo duzo wiecej ale wieprzowina jest dla mnie najlepsza;)
zakochalem sie w meksykanskiej kuchni.Na poczatku troch bylo mi pikantnie ale po kilku dniach zrozumialem o co chodzi. Teraz jak mnie w ustach nic nie pali to jedzenie troche mniej smakuje. hehe mowia ze mam psi zoladek bo jako jedyny obcokrajowiec jakiego poznali, nie mialem rozstroju zoladka jak tu przyjechalem :) moze jakies meksykanskie geny heh. Poznalem sporo osob i bardzo duza czesc mlodych osob mowi po angielsu i wszyscy z amerykanskim akcentem, mimo ze nie lubia amerykanow. Pewnego dnia zmuszony bylem wziac taksowke bo spozniony bylem na spotkanie. Wskoczylem do malego zielono-bialego garbusa z wymontowanym przednim siedzeniem i dzwiami na sznurku. Wytlumaczylem gdzie chce sie dostac i dodalem jeszcze, z koslawym akcentem, "muy rapido, porfavor" kierowca na mnie spojrzal ale nic nie powiedzial. Po 2 min z grobowa mina i pogarda malujaca sie na twarzy spytal:
- Americano?
- No, Dios mio, No! - odpowiedzialem - soy Polaco! de Polonia!
- Polaco??? - jego twarz zmienila sie w mgnieniu oka i wykrzyczal - Juan Pablo Secundo!!!
- Si - odpowiedzialem, i dodalem polglosem po polsku - a w zasadzie to nie ja...
Kierowca na szczescie juz nie sluchal, poplynela rzeka slow z ktorych niestety niewiele zrozumialem. Jednak ogolny kontekst odebralem calkowicie dobrze. Taksowkarz poprostu byl bardzo wierzacy i nigdy jeszcze nie spotkal polaka. Zaszczycony byl miec w taksowce typa z tego samego kraju co jego ukochany papiez i nawet nie policzyl mnie za kurs ;) hehe to juz dwa do zera (kiedys dostalem sniadanie za darmo jak powiedzialem ze jestem z kraju papieza ;)
Ale dosc juz o tym pewnie woleli byscie poczytac o grypie i jak to naprawde wyglada. Otoz, mi to wyglada na epidemie ale epidemie paniki. Otoz nikt nie wie kim sa ofiary ani chorzy, nikt ich nie zna, nigdzie nie widac ich rodzin, nic. Zaczelo sie w piatek 24 kwietnia, na moje nieszczesnie ja w tym czasie czulem sie jakos tak grypowo ( no wiecie bol gardla i miesni, takie tam) ja nie majac telewizji i nie znajac hiszpanskiego nic nie wiedzialem. Jak wieczorem poszedlem do sasiada poprosic o jakies witaminy, ten zrobil tak wielkie oczy jakich w zyciujeszcze nie widzialem i jakajac sie powiedzial ubieraj buty jedziemy do szpitala, teraz byla moja kolej na duze oczy. Zanim wytlumaczyl mi o co chodzi cala rodzina zdazyla juz sie zebrac na okolo mnie zaslaniajac twarz maskami. Niezly hard core, pomyslalem. Udalo mi sie ich przekonac ze to tylko przeziebienie ale jak tylko poczuje sie gorzej to pozwole sie wiezc na izbe przyjec. Nastepnego dnia rano pobieglem na market i kupilem duzo czosnku, miodu i limonek. Zrobilem z tego koktajl i wypilem rano, poludnie, wieczor. Smakuje obrzydliwie ale pomaga. Nastepnego poranka obudzilem sie czujac sie jak nowonarodzony, niestety pachnac hmmm... conajmniej nie jak noworodek. Grunt w tym ze to niebyla swinska grypa i musze przyznaac ze kamien spadl mi z serca. Tego samego dnia wladze postanowily zabronic restauracja podawania jedzenia, mozna kupic tylko na wynos. Ludzie usluchali ale nie bez sprzeciwow i rozczarowan. Wielu ludzi zyje tu z dnia na dzien i tajk naprawde nie moga sobie pozwolic na taka przerwe w interesie. Oni podniesli alarm ale wladze w odpowiedzi podniosly 1 stopien z 3 na 4 w 6 stopniowej skali epidemii. Ludzie zamilkli. Na 5,6,7 stronie gazet mozna przeczytac o dziwnych prawach jaki zostaly uchwalone w dniach epidemii jak np. policjanci patrolujacy ulice po cywilnemu badz stworzenie agencji, ktora jest upowazniona do kontrolowania rozmow telefonicznych i e-maili kogokolwiek chca. Niestety nikt o tym nie mowi bo nikt sie tym nie przejmuje w czasie zarazy, prawda? madrze pomyslane.
Na poczatku tygodnia wladze szokowaly wszystkich iloscia zarazonych i ofiar. ponad 150 zmarlych i ponad 1000 zarazonych, ludzie popadli w panike i do tego przyszlo trzesienie ziemi 5.7 stopnia w skali Richtera. Zaczeto mowic ze nawet ziemia zatrzasla sie ze strachu przed swinska grypa. W srode podniesiono stopien epidemi na kolejny, tym razem juz 5 poziom i zredukowano liczbe ofiar ze 169 do 9 i liczbe zarazonych z ponad 1000 do 91. Ludzie zaczeli sie zastanawiac oco w tym wszystkim chodzi i zdecydowanie mniej z nich nosi maski (co akurat nie jest dobrym pomyslem) ale tak juz zareagowali. Nadal jednak sie boja i czuc ten strach w powietrzu. Zamkniete szkoly, kina, teatry i restauracje zmusily wiekszosc do siedzenia w domu, tylko ci ktozy sa bardziej odwazni wychodza i w ten sposob zaludniaja parki i place gdzie normalnie niewielu spedza czas. Ciekawe jak to sie skonczy.... mam nadzieje ze szczesliwie.
Pozdrawiam wszystkich
Hey , guys Im sorry that this post its just in polish but im really busy now and dont have time to translate it. Will try to do that as soon as possible. sorry
Jestem sobie w Meksyku teraz i do tego w Mexico City wiec razem ze mna zyje tu jakies 25 mln osob, ufff liczby przygniataja tak samo jak tlok ale mozna sie przezwyczaic. Pewnie wszystkich was interesuje jak wyglada sytuacja odnosnie swinskiej grypy, a moze nie bo wiece z telewizji i prasy. Postaram sie opisac wszystko ale zacznijmy od poczatku.
Przyjechalem do miasta i beztrosko spedzilem pierwsza noc na lotnisku, poniewaz moj samolot wyladowal w srodku nocy a Mexico city nie nalezy do tych miejsc, gdzie mozna spacerowac po nocach z wielkim plecakiem. Nastepnego dnia znalazlem tani hostel i odrazu poszedlem do biura agencji dla ktorej mialem pracowac. Mile i cieplo mnie przyjeli i nawet kupili obiad ;) wytlumaczono mi czego odemnie oczekuja i co bedzie nalezalo do moich obowiazkow. w zasadzie obowiazkow mam niewiele a i praca dosc przyjemna. Raz badz dwa razy w tygodniu jezdzimy za miasto do malej spolecznosci, koledzy z pracy organizuja kursy dla kobiet nalezacych do spolecznosci i staraja sie pomoc im zmienic pozycje w jakiej sie znajduja tj. nikt sie z nimi nie liczy i wszyscy (tzn. mezczyzni) maja je w d.... Ja fotografuje caly proces by pozniej moc zrobic ulotki, broszury naglasniajace cala sprawe itp. Mamy tez wielkiego sponsora, ktory miejmy nadzieje w tym miesiacu podpisze kontrakt na sporo pieniedzy dla kobiet. Dzieki temu powstanie mnostwo kuchenek typu Lorena (spalaja o 60% mniej drewna niz normalne) i zbiornikow na wode pitna. Do spolecznosci dociera pitna woda tylko 2 razy w tygodniu i nie ma tak ze mozna wyjsc i kupic w sklepie. Na to nie ma pieniedzy jak zarabia sie 15zl dziennie i trzeda wykarmic 8mioro dzieci :/
Trzymajcie kciuki zeby L'oreal podpisal umowe.
Meksykanie sa naprawde bardzo goscinni, gdy moi wspolpracownicy dowiedzieli sie ze szukam mieszkania, wszyscy (jest ich troje) zaproponowali ze moge zamieszkac z nimi. Zdecydowalem sie na propozycje jednego z nich. Migel Angel mieszka w sporym budynku ktory nalezy do jego rodziny. Sa trzy pietra i na kazdym mieszka jego rodzenstwo z rodzinami a na parterze matka. Mi przypadlo male, nieumeblowane mieszkanko na ostatnim pietrze i w zasadzie za symboliczne pieniadze moge sobie tam urzedowac. Czytajac mieszkanie pewnie przychodzi wam na mysl takie zwyczajne polskie m2, nic bardziej mylnego. Wszystkie okna wychodza na przerosnieta klatke schodowa, ktora w zasadzie jest czyms w stylu pionowego tunelu. Drzwi do kazdego z mieszkan wychodza na ta ze klatke schodowa, ale sa przeszklone (przeciez mieszka tam rodzina i kazdy sie zna wiec po co komu normalne dzwi). Maja troszke inne pojecie prywatnosci. W kazdym razie dzieki temu nie czuje sie samotny bo zawsze ktos na mnie krzyknie, zawola na obiad albo poprostu przyjdzie zeby pomeczyc mnie po hiszpansku ;) tak przy okazji moj Hiszpannski jest nadal do bani :( kurcze ja naprawde jestem antytalenciem jezykowym, a szkoda bo chcialbym mowic po hiszpansku.
Samo miasto jest niesamowite, bardzo przypomina mi mrowisko. Na bardzo malej powierzchni zyje tele ludzi ze nie da sie tego wyobrazic. 25 mln osob. Jest tu wszystko czego dusza zapragnie i wszystko to od czego woleli byscie trzymac sie z daleka. To miasto ekstremow, tak jakby sie odwrocilo krzywa Gausa ;) wszystko dzieje sie na koncach osi a srodek taki troche nudnawy. Jedzenie sprzedaja na kazdym rogu:
Tacos (moje ulubione chicheron (siekana smazona swinska skora w skrocie SSSS:) albo suadero)
Tortas
Enchiladas
Tamales
Posole
Quesillas i duzo duzo wiecej ale wieprzowina jest dla mnie najlepsza;)
zakochalem sie w meksykanskiej kuchni.Na poczatku troch bylo mi pikantnie ale po kilku dniach zrozumialem o co chodzi. Teraz jak mnie w ustach nic nie pali to jedzenie troche mniej smakuje. hehe mowia ze mam psi zoladek bo jako jedyny obcokrajowiec jakiego poznali, nie mialem rozstroju zoladka jak tu przyjechalem :) moze jakies meksykanskie geny heh. Poznalem sporo osob i bardzo duza czesc mlodych osob mowi po angielsu i wszyscy z amerykanskim akcentem, mimo ze nie lubia amerykanow. Pewnego dnia zmuszony bylem wziac taksowke bo spozniony bylem na spotkanie. Wskoczylem do malego zielono-bialego garbusa z wymontowanym przednim siedzeniem i dzwiami na sznurku. Wytlumaczylem gdzie chce sie dostac i dodalem jeszcze, z koslawym akcentem, "muy rapido, porfavor" kierowca na mnie spojrzal ale nic nie powiedzial. Po 2 min z grobowa mina i pogarda malujaca sie na twarzy spytal:
- Americano?
- No, Dios mio, No! - odpowiedzialem - soy Polaco! de Polonia!
- Polaco??? - jego twarz zmienila sie w mgnieniu oka i wykrzyczal - Juan Pablo Secundo!!!
- Si - odpowiedzialem, i dodalem polglosem po polsku - a w zasadzie to nie ja...
Kierowca na szczescie juz nie sluchal, poplynela rzeka slow z ktorych niestety niewiele zrozumialem. Jednak ogolny kontekst odebralem calkowicie dobrze. Taksowkarz poprostu byl bardzo wierzacy i nigdy jeszcze nie spotkal polaka. Zaszczycony byl miec w taksowce typa z tego samego kraju co jego ukochany papiez i nawet nie policzyl mnie za kurs ;) hehe to juz dwa do zera (kiedys dostalem sniadanie za darmo jak powiedzialem ze jestem z kraju papieza ;)
Ale dosc juz o tym pewnie woleli byscie poczytac o grypie i jak to naprawde wyglada. Otoz, mi to wyglada na epidemie ale epidemie paniki. Otoz nikt nie wie kim sa ofiary ani chorzy, nikt ich nie zna, nigdzie nie widac ich rodzin, nic. Zaczelo sie w piatek 24 kwietnia, na moje nieszczesnie ja w tym czasie czulem sie jakos tak grypowo ( no wiecie bol gardla i miesni, takie tam) ja nie majac telewizji i nie znajac hiszpanskiego nic nie wiedzialem. Jak wieczorem poszedlem do sasiada poprosic o jakies witaminy, ten zrobil tak wielkie oczy jakich w zyciujeszcze nie widzialem i jakajac sie powiedzial ubieraj buty jedziemy do szpitala, teraz byla moja kolej na duze oczy. Zanim wytlumaczyl mi o co chodzi cala rodzina zdazyla juz sie zebrac na okolo mnie zaslaniajac twarz maskami. Niezly hard core, pomyslalem. Udalo mi sie ich przekonac ze to tylko przeziebienie ale jak tylko poczuje sie gorzej to pozwole sie wiezc na izbe przyjec. Nastepnego dnia rano pobieglem na market i kupilem duzo czosnku, miodu i limonek. Zrobilem z tego koktajl i wypilem rano, poludnie, wieczor. Smakuje obrzydliwie ale pomaga. Nastepnego poranka obudzilem sie czujac sie jak nowonarodzony, niestety pachnac hmmm... conajmniej nie jak noworodek. Grunt w tym ze to niebyla swinska grypa i musze przyznaac ze kamien spadl mi z serca. Tego samego dnia wladze postanowily zabronic restauracja podawania jedzenia, mozna kupic tylko na wynos. Ludzie usluchali ale nie bez sprzeciwow i rozczarowan. Wielu ludzi zyje tu z dnia na dzien i tajk naprawde nie moga sobie pozwolic na taka przerwe w interesie. Oni podniesli alarm ale wladze w odpowiedzi podniosly 1 stopien z 3 na 4 w 6 stopniowej skali epidemii. Ludzie zamilkli. Na 5,6,7 stronie gazet mozna przeczytac o dziwnych prawach jaki zostaly uchwalone w dniach epidemii jak np. policjanci patrolujacy ulice po cywilnemu badz stworzenie agencji, ktora jest upowazniona do kontrolowania rozmow telefonicznych i e-maili kogokolwiek chca. Niestety nikt o tym nie mowi bo nikt sie tym nie przejmuje w czasie zarazy, prawda? madrze pomyslane.
Na poczatku tygodnia wladze szokowaly wszystkich iloscia zarazonych i ofiar. ponad 150 zmarlych i ponad 1000 zarazonych, ludzie popadli w panike i do tego przyszlo trzesienie ziemi 5.7 stopnia w skali Richtera. Zaczeto mowic ze nawet ziemia zatrzasla sie ze strachu przed swinska grypa. W srode podniesiono stopien epidemi na kolejny, tym razem juz 5 poziom i zredukowano liczbe ofiar ze 169 do 9 i liczbe zarazonych z ponad 1000 do 91. Ludzie zaczeli sie zastanawiac oco w tym wszystkim chodzi i zdecydowanie mniej z nich nosi maski (co akurat nie jest dobrym pomyslem) ale tak juz zareagowali. Nadal jednak sie boja i czuc ten strach w powietrzu. Zamkniete szkoly, kina, teatry i restauracje zmusily wiekszosc do siedzenia w domu, tylko ci ktozy sa bardziej odwazni wychodza i w ten sposob zaludniaja parki i place gdzie normalnie niewielu spedza czas. Ciekawe jak to sie skonczy.... mam nadzieje ze szczesliwie.
Pozdrawiam wszystkich
Hey , guys Im sorry that this post its just in polish but im really busy now and dont have time to translate it. Will try to do that as soon as possible. sorry
Labels:
Mexico
6
comments
Sunday, 26 April 2009
Something for the ears
Hej,
Juz dos dlugo nie jestem w Ekwadorze ale dopier teraz pomyslalem ze moge wam pokazac to co jest teraz tam na topie ;) Ta piosenka jest grana 1000 razy dziennie na kazdej stacji radiowej i telewizyjnej. W kazdym autobusie i kazdej taksowce. Wszedzie, wszedzie, wszedzie......
a tak przy okazji to postaram sie wkrodce cos o Meksyku napisac i o grypie
Im left Ecuador quite long time ago but its only now that I thought it would be good if you knew what was popular in there at the moment. So, here you are - this song is played on every radio station and every chanell 1000 times a day. Every taxi and every bus. Everywhere........ sooo sooo popular
btw - ill try to write something about Mexico and the flu
Juz dos dlugo nie jestem w Ekwadorze ale dopier teraz pomyslalem ze moge wam pokazac to co jest teraz tam na topie ;) Ta piosenka jest grana 1000 razy dziennie na kazdej stacji radiowej i telewizyjnej. W kazdym autobusie i kazdej taksowce. Wszedzie, wszedzie, wszedzie......
a tak przy okazji to postaram sie wkrodce cos o Meksyku napisac i o grypie
Im left Ecuador quite long time ago but its only now that I thought it would be good if you knew what was popular in there at the moment. So, here you are - this song is played on every radio station and every chanell 1000 times a day. Every taxi and every bus. Everywhere........ sooo sooo popular
btw - ill try to write something about Mexico and the flu
Labels:
Ecuador
3
comments
Saturday, 11 April 2009
The Ruins and ruined camping
Wyjsc na stopa w Riobambie okazalo sie nie takim latwym zadaniem. Miasto rozciaga sie na kilka kilometrow i do tego pod gore. Marsz z ciezkim plecakiem i w palacym sloncu nie nalezy do najprzyjemniejszych wiec zdecydowalem wziac autobus za miasto. Zlapalem jakis przejezdzajacy i okazalo sie ze aby dojechac do Canar to tylko $2, odzalowalem ;) Dojechalem na miejsce poznym popoludniem a na tej wysokosci wieczorami robi sie dosc chlodno. Znalazlem hostel i moje pierwsze targowanie okazalo sie sukcesem. Z $7 stargowalem na $4 wiec nie jest zle. Poszedlem do hostelu tylko dlatego ze chcialem wziac prysznic po calym dniu na sloncu i okazalo sie (jak to tu czesto bywa) ze nie ma cieplej wody. Zaden problem, z tym ze zimna woda to naprawde "zimna gorska woda" po 10 sekundach mycia w rak myslalem ze odmrozilem palce.
Prysznic musial zaczekac.
Nastepnego dnia wybralem sie do Ingapirki. Najwieksze ruiny Inkow w Ekwadorze. Spodziewalem sie takiego mniejszego Machu Picchu, no i sie przeliczylem :/ Sceneria w kolo jest wspaniala. Wysokie szczyty i miasteczko w zielonej dolinie ale same ruiny sa dosc male, nie liczac zamku slonca (castillo de sol) to same murki wysokie na metr. Zamek slonca brzmi bardzo wyniosle ale w rzeczywistoisci to mala chatka na piedestale. zwiedzenie zajelo mi okolo pol godziny i zalowalem siedmiu dolcow, ktore wydalem na wstep.
Byl Piatek wiec market w pobliskim miasteczku obrodzil owocami, zjadlem wspanialy lunch skladajacy sie z mango i kilku owocow ktorych nazw nie pamietam (byly naprawde dobre). Posiedzialem tam troche i wybralem sie w droge powrotna na pieszo bo to tylko 10km z gorki :) Jakbym wiedzial ze przez 2 godziny marszu ;przynajmniej 30 osob poprosi mnie o pieniadze albo o cukierki to bym sie dwa razy zastanowil nad autobusem. Wszyscy ci ludzie ktorzy prosza o pieniadze to tak naprawde nie musza prosic tj. sa biedni ale pracuja i maja na zycie ale wychodza z zalozenia ze kazda gotowka sie przyda i moze sie uda. Idac droga widzialem jak pracujace na polu matki z dziecmi, zauwazywszy mnie wysylaly dzieci zeby biegly i sprobowaly bo moze cos skapnie. Dosc to irytujace. Jak doszedlem na miejsce, wybralem sie na internet zeby znalezc kogos kto moze przenocowalby mnie w Cuence, bo to miasto do ktorego sie wybieralem na nastepny dzien.
Nastepnego dnia szczesliwie, stopem dojechalem do Cuenki (kierowca mowil po angielsku wiec moglismy pogadac ;) ale nieszczesliwie nie znalazlem nikogo kto chcialby mnie przygarnac, chlip chlip, wiec zmuszony bylem isc do hostelu. Cuenca znajduje sie na lisci dziedzictwa kultury UNESCO i jako kolonialne miasto wyglada naprawde super. Przechadzalem sie waskimi brukowanymi uliczkami, rojacymi sie od malych restauracyjek i sklepikow i przypominala mi sie Europa. Niestety przypadkiem sformatowalem karte pamieci wiec niema zdjec :( Po dwoch dniach wybralem sie do Parku Narodowego Cajas, ktory lezy niedaleko. Pierwszego dnia maszerowalem wytrwale przez 5godz zeby dostac sie do miejsca gdzie moglbym rozlozyc namiot. Widoki pewnie bylyby wspaniale gdyby nie mgla, ktora spowila wszystko dookola. W koncu dotarlem na miejsce i caly Camping okazal sie jedna mala rzeczka i mostkiem w samym sercu parku :) Rozbity byl tam jeden maly namiocik w ktorym, jak sie pozniej okazalo, mialy spac 3 osoby. Francuzka, Irlandczyk i Szwajcar. Po jakims czasie stwierdzili ze jednak jest za maly i zabralismy sie za konstruowanie szalasu. Nie jest to takie proste:/ nic ciekawego z tego n ie wyszlo a do tego wieczorem rozpadalo sie na dobre wiec i tak musieli sie zmiescic w ta mala szmatke :) Deszcz padal cala noc i caly nastepny dzien. Mialem zamiar spedzic tam 2-3 noce ale w takich okolicznosciach spedzilem tylko jedna. Wrocilem do Cuenci i mialem jechac gdzies dalej ale poznalem niesamowita dziewczyne i zostalem tam 2 tygodnie do czasu az ona wyjechala :( ja tez sie zabralem i jestem teraz w Meksyku pracujac jako fotograf. Strasznie tu cieplo :)
Finding a good place to hitchhike in Riobamba is not an easy task. The city spreads for several miles and whats worst - up the hill. Walking with a huge backpack in strong sun is not something I like the most so i decided to tak a bus out of the city. Bus happened to be very cheap ($2) so Ive taken it all the way to Canar. Got there in the evening, it already started to be a little cold. I really needed a shower after the whole day in the sun so Ive found a hostel and my first attempt of bargaining went great. One night costed $7 and Ive brought down to $4 ;) not bad for the first time, ehhh? There was no hot water (which is quite normal here) but the cold one was soooooo cold that it was impossible to take a shower :/ It had to wait :(
Next day I went to Ingapirca. The biggest Inka ruins in Ecuador. Ive expected a little Mach Picchu and to my disappointment Its only couple of stones. The scenery and the views around are spectacular but the ruins itself are very small. Only couple of walls around Castle of the Sun, which is actually a small hut on a pedestal. Seeing everything took me only half an hour and Ive regretted Ive pain the entrance fee.
It was Friday so the market in near by town was in its full glory. Had lunch made of mango and some other fruits which names I cant remember but they where great. Ive spent some time there before heading back. I wanted to walk cos it was only 10km down the hill, but if I knew that in that 2h hike around 30 people will come up to me asking for money Id reconsider. All those people who ask for money dont really need them. I mean they work and have money to live but its always better to have more and maybe some tourist will give them some. Ive seen how mothers send their kids to rum 300m across the field to ask me for something. Its quite annoying. Ones Ive got back to Canar I went straight to internet to ask some CS people for accommodation in Cuenca (city where I was going next).
Very fortunately Ive hitchhike the next day to Cuenca (driver could speak English) but unfortunately no one could host me there so I was forced to go to a hostel again. Cuenca is on the UNESCO list and as a colonial city it looks amazing. Narrow cobbled streets reminded me of Europe. By accident Ive formatted my memory card so theres no pics from Cuenca :( After two days there I went to Cajas National Park which is just out of Cuenca. First day hike has lasted around 5 hours, through quite thick fog. The views would have been probably great if there was no fog. Finally Ive got to Camping place and it happened to be a small river and a bridge over it. That was it :) but it was in the heart of the Park so it was spectacular. Ive met there French girl with two Irish and Swiss guys. Theyve had a small 1 person tent for three of them :) After some time we agreed that its to small and decided to make a shelter. Its not so easy as you could expect, It wasnt very good and the rain forced them to sleep in the tent anyway. It rained all night and all next day. Ive planed to spend there 2-3 nights but in those circumstances I decided to go back to Cuenca the very next day. There Ive met the most amazing girl and stayed there with her for 2weeks until she has left :( It was time for me to go as well. Ive gone to Mexico :) Im a photographer here so will probably stay for a while ;)
Prysznic musial zaczekac.
Nastepnego dnia wybralem sie do Ingapirki. Najwieksze ruiny Inkow w Ekwadorze. Spodziewalem sie takiego mniejszego Machu Picchu, no i sie przeliczylem :/ Sceneria w kolo jest wspaniala. Wysokie szczyty i miasteczko w zielonej dolinie ale same ruiny sa dosc male, nie liczac zamku slonca (castillo de sol) to same murki wysokie na metr. Zamek slonca brzmi bardzo wyniosle ale w rzeczywistoisci to mala chatka na piedestale. zwiedzenie zajelo mi okolo pol godziny i zalowalem siedmiu dolcow, ktore wydalem na wstep.
Byl Piatek wiec market w pobliskim miasteczku obrodzil owocami, zjadlem wspanialy lunch skladajacy sie z mango i kilku owocow ktorych nazw nie pamietam (byly naprawde dobre). Posiedzialem tam troche i wybralem sie w droge powrotna na pieszo bo to tylko 10km z gorki :) Jakbym wiedzial ze przez 2 godziny marszu ;przynajmniej 30 osob poprosi mnie o pieniadze albo o cukierki to bym sie dwa razy zastanowil nad autobusem. Wszyscy ci ludzie ktorzy prosza o pieniadze to tak naprawde nie musza prosic tj. sa biedni ale pracuja i maja na zycie ale wychodza z zalozenia ze kazda gotowka sie przyda i moze sie uda. Idac droga widzialem jak pracujace na polu matki z dziecmi, zauwazywszy mnie wysylaly dzieci zeby biegly i sprobowaly bo moze cos skapnie. Dosc to irytujace. Jak doszedlem na miejsce, wybralem sie na internet zeby znalezc kogos kto moze przenocowalby mnie w Cuence, bo to miasto do ktorego sie wybieralem na nastepny dzien.
Nastepnego dnia szczesliwie, stopem dojechalem do Cuenki (kierowca mowil po angielsku wiec moglismy pogadac ;) ale nieszczesliwie nie znalazlem nikogo kto chcialby mnie przygarnac, chlip chlip, wiec zmuszony bylem isc do hostelu. Cuenca znajduje sie na lisci dziedzictwa kultury UNESCO i jako kolonialne miasto wyglada naprawde super. Przechadzalem sie waskimi brukowanymi uliczkami, rojacymi sie od malych restauracyjek i sklepikow i przypominala mi sie Europa. Niestety przypadkiem sformatowalem karte pamieci wiec niema zdjec :( Po dwoch dniach wybralem sie do Parku Narodowego Cajas, ktory lezy niedaleko. Pierwszego dnia maszerowalem wytrwale przez 5godz zeby dostac sie do miejsca gdzie moglbym rozlozyc namiot. Widoki pewnie bylyby wspaniale gdyby nie mgla, ktora spowila wszystko dookola. W koncu dotarlem na miejsce i caly Camping okazal sie jedna mala rzeczka i mostkiem w samym sercu parku :) Rozbity byl tam jeden maly namiocik w ktorym, jak sie pozniej okazalo, mialy spac 3 osoby. Francuzka, Irlandczyk i Szwajcar. Po jakims czasie stwierdzili ze jednak jest za maly i zabralismy sie za konstruowanie szalasu. Nie jest to takie proste:/ nic ciekawego z tego n ie wyszlo a do tego wieczorem rozpadalo sie na dobre wiec i tak musieli sie zmiescic w ta mala szmatke :) Deszcz padal cala noc i caly nastepny dzien. Mialem zamiar spedzic tam 2-3 noce ale w takich okolicznosciach spedzilem tylko jedna. Wrocilem do Cuenci i mialem jechac gdzies dalej ale poznalem niesamowita dziewczyne i zostalem tam 2 tygodnie do czasu az ona wyjechala :( ja tez sie zabralem i jestem teraz w Meksyku pracujac jako fotograf. Strasznie tu cieplo :)
Finding a good place to hitchhike in Riobamba is not an easy task. The city spreads for several miles and whats worst - up the hill. Walking with a huge backpack in strong sun is not something I like the most so i decided to tak a bus out of the city. Bus happened to be very cheap ($2) so Ive taken it all the way to Canar. Got there in the evening, it already started to be a little cold. I really needed a shower after the whole day in the sun so Ive found a hostel and my first attempt of bargaining went great. One night costed $7 and Ive brought down to $4 ;) not bad for the first time, ehhh? There was no hot water (which is quite normal here) but the cold one was soooooo cold that it was impossible to take a shower :/ It had to wait :(
Next day I went to Ingapirca. The biggest Inka ruins in Ecuador. Ive expected a little Mach Picchu and to my disappointment Its only couple of stones. The scenery and the views around are spectacular but the ruins itself are very small. Only couple of walls around Castle of the Sun, which is actually a small hut on a pedestal. Seeing everything took me only half an hour and Ive regretted Ive pain the entrance fee.
It was Friday so the market in near by town was in its full glory. Had lunch made of mango and some other fruits which names I cant remember but they where great. Ive spent some time there before heading back. I wanted to walk cos it was only 10km down the hill, but if I knew that in that 2h hike around 30 people will come up to me asking for money Id reconsider. All those people who ask for money dont really need them. I mean they work and have money to live but its always better to have more and maybe some tourist will give them some. Ive seen how mothers send their kids to rum 300m across the field to ask me for something. Its quite annoying. Ones Ive got back to Canar I went straight to internet to ask some CS people for accommodation in Cuenca (city where I was going next).
Very fortunately Ive hitchhike the next day to Cuenca (driver could speak English) but unfortunately no one could host me there so I was forced to go to a hostel again. Cuenca is on the UNESCO list and as a colonial city it looks amazing. Narrow cobbled streets reminded me of Europe. By accident Ive formatted my memory card so theres no pics from Cuenca :( After two days there I went to Cajas National Park which is just out of Cuenca. First day hike has lasted around 5 hours, through quite thick fog. The views would have been probably great if there was no fog. Finally Ive got to Camping place and it happened to be a small river and a bridge over it. That was it :) but it was in the heart of the Park so it was spectacular. Ive met there French girl with two Irish and Swiss guys. Theyve had a small 1 person tent for three of them :) After some time we agreed that its to small and decided to make a shelter. Its not so easy as you could expect, It wasnt very good and the rain forced them to sleep in the tent anyway. It rained all night and all next day. Ive planed to spend there 2-3 nights but in those circumstances I decided to go back to Cuenca the very next day. There Ive met the most amazing girl and stayed there with her for 2weeks until she has left :( It was time for me to go as well. Ive gone to Mexico :) Im a photographer here so will probably stay for a while ;)
Monday, 16 March 2009
Skype
Hej,
Czasami zdarza sie ze mam internet bezprzewodowy w hostelu i jestem wtedy na skype wiec jakby co to piszcie albo dzwoncie bo ja nie mam nikogo na liscie kontaktow, moj skype to:
modron_81
Sometimes I have a wi-fi in hostels and then Im on skype. I dont have any contacts so if you wanna chat or just write something feel free. Heres my skype:
modron_81
Czasami zdarza sie ze mam internet bezprzewodowy w hostelu i jestem wtedy na skype wiec jakby co to piszcie albo dzwoncie bo ja nie mam nikogo na liscie kontaktow, moj skype to:
modron_81
Sometimes I have a wi-fi in hostels and then Im on skype. I dont have any contacts so if you wanna chat or just write something feel free. Heres my skype:
modron_81
Sunday, 15 March 2009
The Market, The Sea, The Hot Tab and The Altitude Sickness


No to wyladowalem w Otavalo. Bylo dosc pozno jak przyjechalem ale i tak jakis bachor znalazl sie na ulicy zeby oblac mnie woda a inny jakas smierdzaca piana (taki zwyczaj tu maja w karnawale). Znalazlem tani hostel i poprostu poszedlem spac bo bylem wykonczony. Nastepnego dnia wybralem obejrzec to z czego slynie Otavalo - market. Byla sroda wiec zaraz po sobocie najlepszy dzien handlowy. Musze przyznac ze zaskoczyla mnie ilosc stoisk. W miescie nie ma wystarczajaco duzego placu wiec market podzielony jest na 4 czesci. Kazda bardziej zywa niz poprzednia. Ogromna wiekszosc sprzedajacych to indianie z okolicznych wiosek. Kobiety wygladaja przepieknie. Dlugie czarne spodnice, chaftowane koszule, zlote korale i kolorowe szale. Piekne. Niestety nie latwo jest zrobic zdjecie bo jak cie przyuwaza to chca od $3 do $5 :/ na co mnie nie stac. Jako ze nie bylem zainteresowany rekodzielem ani tkaninami, wiekszosc dnia spedzilem przy warzywach i owocach gdzie staralem sie sprobowac wszystkiego czego wczesniej nie widzialem. Zdziwilem sie jak niewiele rzeczy probowalem :/ a smak owocow ktore znalem jest i tak inny - lepszy. Banany sa wspaniale, ananasy tak slodkie i miekkie ze gdyby nie wyglad nigdy bym nie zgadl co jem a mango poprostu nie da sie opisac, mozna za nie zabic. Nie najciekawsza mialem noc po takich mieszankach ;)
Nastepne dwa dni lazilem po okolicy czekajac na sobote i ta magie ktora podobno ze soba przyniesie. Odwiedzilem okoliczne wioski i widzialem jak terazniejsi indianie zyja. Pranie w rzece, mycie tez (zaslaniaja sie wielka czatna plachta. Niestety ta sama regula w stosunku do zdjec. Jedna z wiosek (Peguche) zrobila na mnie spore wrazenie a w zasadzie wodospad, ktory tam jest. Takiego jeszcze nie widzialem, jest bardzo...... zielony tzn. nie woda ale to co widac do okola. Nie ma skal, sama zielen. Zdjecia sa w galeri wiec sami mozecie ocenic. W miedzy czasie dostalem maila od Krystiana (poznalem go w Los Cedros) ze jest na wybrzezu i zebym wpadl na pare dni. Jako ze nie wiedzialem gdzie mam jechac po Otavalo postanowilem zlapac w soboote nocny autobus do Puerto Lopez.
Przyszla sobota i cale miasto zamienilo sie w wielki market. Nie zartuje. Kazda ulica od poczatku do konca zapelniona byla stoiskami. Ludzie przekrzykiwali sie nawzajem. Atmosfera byla dosc napieta, kazdy chcial cos zarobic a konkurencja przeciez byla wszedzie. Dosc to zabawne, zatrzymalem sie przy jednym z 10 ustawionych pod rzad sprzedawcow bananow zeby kupic kilka, ci stojacy obok momentalnie zaczeli krzyczec:
tez mam banany, po takiej samej cenie, nic sie nie roznia od jego, kup odemnie, no dalejjjjj, banany, MAM BANANY!!!
Troche to meczace ale ma swoj urok. Zwierzecy market jest niesamowity. Krzyk niezadowolonych swin slychac wszedzie a wiecie jak to brzmi...jakby je zarzynali na miejscu. Mrozi krew w zylach. Swinki morskie kosztuja od $2.5 do $5 w zaleznosci od wielkosci i sa dosc popularne. Koty, Psy, Krowy, Byki, Owce, Swinie, Kury, Kurczaczki, Swinki morskie, Barany, Koguty ehhhhh wszystko. No i wszedobylscy turysci, ktorzy lituja sie nad losem tych wszystkich zwierzat. Placzace amerykanki probujace przemowic do rozsadku 70 letniej indiance ze do klatki 30x30cm nie zmiescie sie 6 kotow, dla mnie to byl troche smieszny widok. Zwierzecy market to moj ulubiony bo przynajmniej nikt nie namawia cie do kupna bo wiedza ze i tak nic z tego.
Po poludniu jak atmosfera zaczela juz troszke przygasac zlapalem autobus do Quito zeby tam sie przesiasc do autobusu nad ocean. Zajelo to jakies 14h ale w koncu dojechalem. Puerto Lopez bylo dosc brudne dlatego ucieszylem sie ze Krystian znalazl wioske troszke na poludnie, tam przynajmniej bylo czysto. Zlapalem stopa i na tyle pickupa dojechalem na miejsce niestety tam okazalo sie ze cos sie stalo w Quito i Krystian musial wracac. Zostalem sam nad morzem, za ktorym nie przepadam szczegolnie. Nudno. Niec tylko szzzzzzumi :/ Na szczescie poznalem ciekawych ludzi z Chile. Bardzo uduchowieni, tacy hipisowaci. Dobrze sie z nimi bawilem i nawet powiedzieli mi kim jestem wedlog starego kalendarza Inkow. Niestety po hiszpansku wiec nie wiele rozumiem. Jezeli ktos z was wie co to znaczy prosze o tlymaczenie:
TZOL KIN (Luna Planetaria)
"Yo perfecciono conel fin de purificar. Produciendo flujo. Yo sello el proceso del agua universal. Con el tono planetario de la manifestacion. Yo soy guiado por el poder de la navegacion"
Wymienilismy sie mailami i obiecalem ze jak bede w Chile to sie odezwe. Wspolnie zlapalismy stopa z tym ze ja jechalem tylko 20km dalej na jedna z 5 najladniejszych plaz na swiecie wg. National Geographic. Nazywa sie Los Frailes i faktycznie jest niezwykla, niestety bateria w aparacie zdechla a zapasowa zostawilem w namiocie. Zdjec niema :(
Oceam i wybrzeze szybko mi sie znudzilo wiec postanowilem jechac dalej na poludnie. Szybko zatrzymal sie dziwny facet ;) bardzo mily ale samochod przystrojony byl podobiznami jakiegos hindusa z afro. Wyjasnil mi ze to jego duchowy przywodca i ze pokaze mi swoja spolecznosc jak dojedziemy na miejsce. Troche mi sie spieszylo bo chcialem dojechac przynajmniej do Guyaquil a bylo juz popoludniu. On jednak nalegal i powiedzial ze kupi mi bilet dokad chce jezeli tylko zostane chwile. Dla mnie bomba. Zobaczylem na czym polega jego wiara, wszyscy przyjeli mnie bardzo cieplo. Dostalem wegetarianski obiad i okolo 16 wsadzili mnie do autobusu do Banios, wiec pojechalem. W autobusie poznalem Amerykanina, ktory wyjechal ze stanow 3 lata temu i poki co dotarl tylko do Ekwadoru :) On tez jechal do Banos wiec cala droge mialem sie do kogo odezwac. Banios okazalo sie bardzo sympatyczna miescina. Male gorskie miasteczko z czynnym wulkanem, ktory powinien wybuchnac kilka lat temu, co sie nie stalo. Teraz poprostu kazdy czeka na erupcje, ktora moze przyjsc w kazdej chwili. W banios jest kilka roznych goracych zrodel ktore naprawde kojaco wplywaja. To miasteczko jest jakies przeklete. Mialem tam byc 2 dni a bylem tydzien. Wiekszosc ludzi z ktorymi rozmawialem podobnie. Poprostu nie mozna bylo znalezc dobrego powodu zeby zostac ani zeby wyjechac. Tam jest tak jakos.....milo. Przez tydzien w zasadzie nie zrobilem nic poza siedzeniem w goracych zrodlach. W koncu udalo mi sie zebrac dosc sily zeby wyjechac i pojechalem prosto do Riobamby. Tam znalazlem naprawde tani hostel $2.5 za noc (mieli nawet ciepla wode) i postanowilem sie dobrze wyspac przed wyprawa na Chimborazo.
Wygasly wylkan Chimborazo jest najwyzszym szczetem Ekwadoru (6310 m.n.p.m.) Chcialem dojechac tam w miare rano wiec zlapalem autobus, niestety kanar sie zagapil i wysadzil mnie 3km dalej niz powinien. Dobrze sie stalo bo widok byl niesamowity a dzikie Vikune biegaly wszedzie. probowalem troche lapac stopa ale jak mi wczesniej powiedziano, na pustkowiach nikt sie nie zatrzyma bo ludzie sie boja. Najlepiej zatrzymywac poza miastami badz wioskami. Ja niestety bylem posrodku niczego i do tego wialo tak ze ziarenka piasku niesione przez wiatr rozcinaly skore jak w nia uderzaly. Cos takiego doswiadczylem tylko raz na polnocy Szkocji ale tu bylo wiecej piasku. Opatulilem sie i w droge! Znalazlem zjazd do parku i juz po 1km pod gore przestalo wiac i zrobilo sie nawet przyjemnie. Przez nastepne 3godz wspielem sie na wysokosc 5000 m.n.p.m z czeko ostatnie 45min zajeli mi ostatnie 400m. Na tej wysokosci to nawet maly spacerek to meczarnia. Czulem sie troche dziwnie ale wiedzialem ze jestem tak wysoko i mialem nadzieje ze nastepnego dnia bedzie juz dobrze. Krecilo mi sie w glowie i bardzo ciezko sie oddychalo. Do tego bylo mi bardzo zimno mimo tego ze bylo okolo 3 stopni. W nocy temperatura spadla do -10 a ja czulem sie jak worek ziemniakow. Rece dretwialy mi w kazdej pozycji, mimo ze mialem wystarczajaco warstw na sobie ze moglbyl spac spokojnie przy -20 to trzaslem sie jak galareta a glowe rozsadzalo od srodka. Jakos udalo mi sie przetrwac noc ale rano jak wmusilem w siebie sniadanie, omalo go nie zwymiotowalem. Zrozumialem ze nici z wejscia troche wyzej. Nie mialem zamiaru wspinac sie na szczet bo nie mialem zadnego sprzetu ale chcialem wejsc choc troche wyzej. Spakowalem sie i resztkami sil zaczalm toczyc sie na dol. Plecak mial chyba z 25kg i nie nioslo sie go przyjemnie. Na szczescie w miare jak schodzilem nizej czulem sie lepiej. Smieszne uczucie, po 1.5godz marszu czulem sie juz dobrze i znowy zaczalem podziwiac widoki. Jak zszedlem do glownej drogi zatrzymalem autobus i wrocilem do Riobamby. Wskoczylem do lozka zeby sie zdrzemnac i obudzilem sie 18godz pozniej glodny jak cholera :) Spakowalem sie i popjechalem w kierunku Ingapirci - moje pierwsze ruiny inkow....
So ive landed in Otavalo. It was a bit late when ive arrived but I was lucky enough to find those two nasty kids on the street who sprayed me with watter and some smelly foam (thats the custom in carnival here). Ive found cheap hostel and went stright to bed. Next day I went to see the famous Otavalo market. It was wednesday so the biggest market day after saturday. I have to admit that its size amazed me (some might say that size does not matter but we all know that is a lie, right?;) The market square is not big enough so the market itself is divided to four parts. Majority of the sellers are Indians from nearby villiges. The women look beautiful! Long black skirts, ........ blouses, gold necklaces and colorful scarfs. Gorgeous. Unfortunately its not easy to take a picture cos if the spot you, you have to pay from $3 to $5 which is a rip off. Most of my time ive spend in the fruit market where ive tried to try all the strange looking fruits:) and there was a lot of them. The flavor of the ones ive tried in europe is different - better. Bananas are amazing, pineapples so sweet and soft that you would never guess what you are eating. You could kill for a mango. The night was quite interesting after such a mixture ;)
For the next two days Ive visited the nearby villages, In was waiting for the Saturday and the magic that apparently comes with it. Ive seen how the indians live. Laundry in the river, baths as well (The cover themselfes with big, black piece of fabric, unfortunately the same rule if you want to snap a quick photo). One of the villages have made quite an impression (Peguche). The waterfall was spectacular, it was all......green. Not the water but the surroundings. No rocks, just plants. The pics are in the gallery so you can see for yourself. Meantime Kristian (guy from Los Cedros) have send me a email that he is on the coast and it would be cool to meet. Since I didnt have any plans I decided to take overnight bus to Puerto Lopez on Saturday.
The Saturday came and the entire City turned into one big market. Im not joking. Every street from the beginning to the end was filled with stands. People were screaming really loud and the atmosphere was a bit intense. Everyone wanted to earn some money and the competition was everywhere. Its quite funny but once Ive stoped to buy some bananas at one of 10 banana stands, the near by sellers have started to scream:
I have bananas as well, the same price, they no different then his, buy fro me, come on, bananas, I HAVE BANANAS!!!
Its a little annoying but it has its own beauty. The animal market is incredible. The noise of unhappy Pigs is everywhere and you know how it sounds, like they where killing them there. Guinea pigs cost from $2.5 to $5 depend on the size and are quite popular. Cats, Dogs, Cows, Bulls, Sheep, Pigs, Roosters, Chickens, Guinea pigs......everything. And the tourists that are everywhere, crying over the poor animals. Crying Americans trying to convince 70 year old indigenous lady that 30x30cm cage is to small for 6 kats, its funny. Animal market is my favourite cos no one tries to sell you things.
In the afternoon when the atmosphere was a little more relaxed ive caught bus to Quito and after that to the coast. It took about 14h but eventually Ive got there. Puerto Lopez turned to be dirty, good that Kristianve found nice small village few km south, there was at least clean. Pickup truck stop for me and ive got there in no time. Unfortunately something happened in Quito and Kristian had to go back. I was left alone in the coast, and is sooooo boring. The Sea is boring. Fortunately Ive met some people from Chile. Very spiritual, a bit hippi. Ive had good fun with them and even theyve told me who I am according to old Inka calendar. Its in spanish so if someone can translate this for me I will be grateful:
TZOL KIN (Luna Planetaria)
"Yo perfecciono con el fin de purificar. Produciendo flujo. Yo sello el proceso del agua universal. Con el tono planetario de la manifestacion. Yo soy guiado por el poder de la navegacion"
Weve exchange emails and Ive promised that will visit them in Santiago. Together we stoped a car but Ive only traveled some 20km north to one of 5 the most beautiful beaches in the world according to National Geographic. Its called Los frailes and really is unusual. Unfortunately battery in my camera died so no pics :(
Ocean and the coast are boring so Ive left quick, going south. Some guyve stoped for me in very strange car. Interior was packed with pictures of some afroman. He explained that he it was his spiritual leader and ill see more once we get to the city. I was in the hurry but the guy was insisting and have said that will buy me a bus ticked wherever I wanted. That works for me :) Once weve got there he explained what his faith is all about, Everyone in the community was really nice and the vegetarian food was just great! Later they put me on the bus to Banios, so I went. On the bus Ive met an American who left States 3years ago but only managed to get to Ecuador so far. Banios Happened to be really nice. Small mountain town but really difficult to leave. Ive wanted to spend there 2 days but actually ive been there for a week. They have active volcano and few really nice hot tabs, for a week I was sitting in the hot tabs. It was nice. I couldnt find a reason to leave or stay. Very strange. Finally Ive left and have gone to Riobamba. Found there really cheap Hostel with worm watter and went to bed cos the next day I was going to Chimborazo.
Inactive volcano Chimboiratzo is the highest peak in Ecuador (6310 m), Ive wanted to get there quite early so ive got a bus bot the "controlador" forgot about me and Ive got off the bus 3km to far. But that was actualy a good thing cos the view was spectacular and wild Vicunas were everywhere. Ive tried to hitchhike but no one stops in the wastelands. People are afraid. The wind was unbearable, small pices of sand where going so fast that once hit the skin, they were cutting it. You could see tiny drops of blood. Crazy. Ive seen that is north of Scotland before but not so much. Ive wrapped myself and went on. Ive found turn to the Park and after a 1km its stoped blowing and became quite nice. For the next 3h ive climbed the altitude of 5000 m. So high up even a small walk turns into a hard task. Ive felt a bit funny but I knew thats because of the altitude. Ive hoped that the next day Ill be fine. I was a little dizzy and it was hard to breath. In addition I was cold, which ive not supposed to. At night the temperature dropped to -10, and i was like a puppet. My arms were going to sleep in any position, despite all the layers I had on I was shaking like jelly and had the worsest headache ever. After one hell of a night, in the morning Ive almost throw up my breakfast. Ive understood that I can go any higher and need to be down as soon as possible. Ive packed my stuff and have pushed myself to go down. Backpack weighted about 25kg and wasnt really easy to carry, fortunately once the altitude dropped ive started to feel better. After 1.5h of walk i was ok and even started to admire the views. Eventually Ive got on the bus to Riobamba and there went stright to bed for a nap. I woke up 18h leater really hungry :) Packed my stuff and went to Ingapirca - my first Inks ruins.....
Just wondered if any one reads that in english?
Nastepne dwa dni lazilem po okolicy czekajac na sobote i ta magie ktora podobno ze soba przyniesie. Odwiedzilem okoliczne wioski i widzialem jak terazniejsi indianie zyja. Pranie w rzece, mycie tez (zaslaniaja sie wielka czatna plachta. Niestety ta sama regula w stosunku do zdjec. Jedna z wiosek (Peguche) zrobila na mnie spore wrazenie a w zasadzie wodospad, ktory tam jest. Takiego jeszcze nie widzialem, jest bardzo...... zielony tzn. nie woda ale to co widac do okola. Nie ma skal, sama zielen. Zdjecia sa w galeri wiec sami mozecie ocenic. W miedzy czasie dostalem maila od Krystiana (poznalem go w Los Cedros) ze jest na wybrzezu i zebym wpadl na pare dni. Jako ze nie wiedzialem gdzie mam jechac po Otavalo postanowilem zlapac w soboote nocny autobus do Puerto Lopez.
Przyszla sobota i cale miasto zamienilo sie w wielki market. Nie zartuje. Kazda ulica od poczatku do konca zapelniona byla stoiskami. Ludzie przekrzykiwali sie nawzajem. Atmosfera byla dosc napieta, kazdy chcial cos zarobic a konkurencja przeciez byla wszedzie. Dosc to zabawne, zatrzymalem sie przy jednym z 10 ustawionych pod rzad sprzedawcow bananow zeby kupic kilka, ci stojacy obok momentalnie zaczeli krzyczec:
tez mam banany, po takiej samej cenie, nic sie nie roznia od jego, kup odemnie, no dalejjjjj, banany, MAM BANANY!!!
Troche to meczace ale ma swoj urok. Zwierzecy market jest niesamowity. Krzyk niezadowolonych swin slychac wszedzie a wiecie jak to brzmi...jakby je zarzynali na miejscu. Mrozi krew w zylach. Swinki morskie kosztuja od $2.5 do $5 w zaleznosci od wielkosci i sa dosc popularne. Koty, Psy, Krowy, Byki, Owce, Swinie, Kury, Kurczaczki, Swinki morskie, Barany, Koguty ehhhhh wszystko. No i wszedobylscy turysci, ktorzy lituja sie nad losem tych wszystkich zwierzat. Placzace amerykanki probujace przemowic do rozsadku 70 letniej indiance ze do klatki 30x30cm nie zmiescie sie 6 kotow, dla mnie to byl troche smieszny widok. Zwierzecy market to moj ulubiony bo przynajmniej nikt nie namawia cie do kupna bo wiedza ze i tak nic z tego.
Po poludniu jak atmosfera zaczela juz troszke przygasac zlapalem autobus do Quito zeby tam sie przesiasc do autobusu nad ocean. Zajelo to jakies 14h ale w koncu dojechalem. Puerto Lopez bylo dosc brudne dlatego ucieszylem sie ze Krystian znalazl wioske troszke na poludnie, tam przynajmniej bylo czysto. Zlapalem stopa i na tyle pickupa dojechalem na miejsce niestety tam okazalo sie ze cos sie stalo w Quito i Krystian musial wracac. Zostalem sam nad morzem, za ktorym nie przepadam szczegolnie. Nudno. Niec tylko szzzzzzumi :/ Na szczescie poznalem ciekawych ludzi z Chile. Bardzo uduchowieni, tacy hipisowaci. Dobrze sie z nimi bawilem i nawet powiedzieli mi kim jestem wedlog starego kalendarza Inkow. Niestety po hiszpansku wiec nie wiele rozumiem. Jezeli ktos z was wie co to znaczy prosze o tlymaczenie:
TZOL KIN (Luna Planetaria)
"Yo perfecciono conel fin de purificar. Produciendo flujo. Yo sello el proceso del agua universal. Con el tono planetario de la manifestacion. Yo soy guiado por el poder de la navegacion"
Wymienilismy sie mailami i obiecalem ze jak bede w Chile to sie odezwe. Wspolnie zlapalismy stopa z tym ze ja jechalem tylko 20km dalej na jedna z 5 najladniejszych plaz na swiecie wg. National Geographic. Nazywa sie Los Frailes i faktycznie jest niezwykla, niestety bateria w aparacie zdechla a zapasowa zostawilem w namiocie. Zdjec niema :(
Oceam i wybrzeze szybko mi sie znudzilo wiec postanowilem jechac dalej na poludnie. Szybko zatrzymal sie dziwny facet ;) bardzo mily ale samochod przystrojony byl podobiznami jakiegos hindusa z afro. Wyjasnil mi ze to jego duchowy przywodca i ze pokaze mi swoja spolecznosc jak dojedziemy na miejsce. Troche mi sie spieszylo bo chcialem dojechac przynajmniej do Guyaquil a bylo juz popoludniu. On jednak nalegal i powiedzial ze kupi mi bilet dokad chce jezeli tylko zostane chwile. Dla mnie bomba. Zobaczylem na czym polega jego wiara, wszyscy przyjeli mnie bardzo cieplo. Dostalem wegetarianski obiad i okolo 16 wsadzili mnie do autobusu do Banios, wiec pojechalem. W autobusie poznalem Amerykanina, ktory wyjechal ze stanow 3 lata temu i poki co dotarl tylko do Ekwadoru :) On tez jechal do Banos wiec cala droge mialem sie do kogo odezwac. Banios okazalo sie bardzo sympatyczna miescina. Male gorskie miasteczko z czynnym wulkanem, ktory powinien wybuchnac kilka lat temu, co sie nie stalo. Teraz poprostu kazdy czeka na erupcje, ktora moze przyjsc w kazdej chwili. W banios jest kilka roznych goracych zrodel ktore naprawde kojaco wplywaja. To miasteczko jest jakies przeklete. Mialem tam byc 2 dni a bylem tydzien. Wiekszosc ludzi z ktorymi rozmawialem podobnie. Poprostu nie mozna bylo znalezc dobrego powodu zeby zostac ani zeby wyjechac. Tam jest tak jakos.....milo. Przez tydzien w zasadzie nie zrobilem nic poza siedzeniem w goracych zrodlach. W koncu udalo mi sie zebrac dosc sily zeby wyjechac i pojechalem prosto do Riobamby. Tam znalazlem naprawde tani hostel $2.5 za noc (mieli nawet ciepla wode) i postanowilem sie dobrze wyspac przed wyprawa na Chimborazo.
Wygasly wylkan Chimborazo jest najwyzszym szczetem Ekwadoru (6310 m.n.p.m.) Chcialem dojechac tam w miare rano wiec zlapalem autobus, niestety kanar sie zagapil i wysadzil mnie 3km dalej niz powinien. Dobrze sie stalo bo widok byl niesamowity a dzikie Vikune biegaly wszedzie. probowalem troche lapac stopa ale jak mi wczesniej powiedziano, na pustkowiach nikt sie nie zatrzyma bo ludzie sie boja. Najlepiej zatrzymywac poza miastami badz wioskami. Ja niestety bylem posrodku niczego i do tego wialo tak ze ziarenka piasku niesione przez wiatr rozcinaly skore jak w nia uderzaly. Cos takiego doswiadczylem tylko raz na polnocy Szkocji ale tu bylo wiecej piasku. Opatulilem sie i w droge! Znalazlem zjazd do parku i juz po 1km pod gore przestalo wiac i zrobilo sie nawet przyjemnie. Przez nastepne 3godz wspielem sie na wysokosc 5000 m.n.p.m z czeko ostatnie 45min zajeli mi ostatnie 400m. Na tej wysokosci to nawet maly spacerek to meczarnia. Czulem sie troche dziwnie ale wiedzialem ze jestem tak wysoko i mialem nadzieje ze nastepnego dnia bedzie juz dobrze. Krecilo mi sie w glowie i bardzo ciezko sie oddychalo. Do tego bylo mi bardzo zimno mimo tego ze bylo okolo 3 stopni. W nocy temperatura spadla do -10 a ja czulem sie jak worek ziemniakow. Rece dretwialy mi w kazdej pozycji, mimo ze mialem wystarczajaco warstw na sobie ze moglbyl spac spokojnie przy -20 to trzaslem sie jak galareta a glowe rozsadzalo od srodka. Jakos udalo mi sie przetrwac noc ale rano jak wmusilem w siebie sniadanie, omalo go nie zwymiotowalem. Zrozumialem ze nici z wejscia troche wyzej. Nie mialem zamiaru wspinac sie na szczet bo nie mialem zadnego sprzetu ale chcialem wejsc choc troche wyzej. Spakowalem sie i resztkami sil zaczalm toczyc sie na dol. Plecak mial chyba z 25kg i nie nioslo sie go przyjemnie. Na szczescie w miare jak schodzilem nizej czulem sie lepiej. Smieszne uczucie, po 1.5godz marszu czulem sie juz dobrze i znowy zaczalem podziwiac widoki. Jak zszedlem do glownej drogi zatrzymalem autobus i wrocilem do Riobamby. Wskoczylem do lozka zeby sie zdrzemnac i obudzilem sie 18godz pozniej glodny jak cholera :) Spakowalem sie i popjechalem w kierunku Ingapirci - moje pierwsze ruiny inkow....
So ive landed in Otavalo. It was a bit late when ive arrived but I was lucky enough to find those two nasty kids on the street who sprayed me with watter and some smelly foam (thats the custom in carnival here). Ive found cheap hostel and went stright to bed. Next day I went to see the famous Otavalo market. It was wednesday so the biggest market day after saturday. I have to admit that its size amazed me (some might say that size does not matter but we all know that is a lie, right?;) The market square is not big enough so the market itself is divided to four parts. Majority of the sellers are Indians from nearby villiges. The women look beautiful! Long black skirts, ........ blouses, gold necklaces and colorful scarfs. Gorgeous. Unfortunately its not easy to take a picture cos if the spot you, you have to pay from $3 to $5 which is a rip off. Most of my time ive spend in the fruit market where ive tried to try all the strange looking fruits:) and there was a lot of them. The flavor of the ones ive tried in europe is different - better. Bananas are amazing, pineapples so sweet and soft that you would never guess what you are eating. You could kill for a mango. The night was quite interesting after such a mixture ;)
For the next two days Ive visited the nearby villages, In was waiting for the Saturday and the magic that apparently comes with it. Ive seen how the indians live. Laundry in the river, baths as well (The cover themselfes with big, black piece of fabric, unfortunately the same rule if you want to snap a quick photo). One of the villages have made quite an impression (Peguche). The waterfall was spectacular, it was all......green. Not the water but the surroundings. No rocks, just plants. The pics are in the gallery so you can see for yourself. Meantime Kristian (guy from Los Cedros) have send me a email that he is on the coast and it would be cool to meet. Since I didnt have any plans I decided to take overnight bus to Puerto Lopez on Saturday.
The Saturday came and the entire City turned into one big market. Im not joking. Every street from the beginning to the end was filled with stands. People were screaming really loud and the atmosphere was a bit intense. Everyone wanted to earn some money and the competition was everywhere. Its quite funny but once Ive stoped to buy some bananas at one of 10 banana stands, the near by sellers have started to scream:
I have bananas as well, the same price, they no different then his, buy fro me, come on, bananas, I HAVE BANANAS!!!
Its a little annoying but it has its own beauty. The animal market is incredible. The noise of unhappy Pigs is everywhere and you know how it sounds, like they where killing them there. Guinea pigs cost from $2.5 to $5 depend on the size and are quite popular. Cats, Dogs, Cows, Bulls, Sheep, Pigs, Roosters, Chickens, Guinea pigs......everything. And the tourists that are everywhere, crying over the poor animals. Crying Americans trying to convince 70 year old indigenous lady that 30x30cm cage is to small for 6 kats, its funny. Animal market is my favourite cos no one tries to sell you things.
In the afternoon when the atmosphere was a little more relaxed ive caught bus to Quito and after that to the coast. It took about 14h but eventually Ive got there. Puerto Lopez turned to be dirty, good that Kristianve found nice small village few km south, there was at least clean. Pickup truck stop for me and ive got there in no time. Unfortunately something happened in Quito and Kristian had to go back. I was left alone in the coast, and is sooooo boring. The Sea is boring. Fortunately Ive met some people from Chile. Very spiritual, a bit hippi. Ive had good fun with them and even theyve told me who I am according to old Inka calendar. Its in spanish so if someone can translate this for me I will be grateful:
TZOL KIN (Luna Planetaria)
"Yo perfecciono con el fin de purificar. Produciendo flujo. Yo sello el proceso del agua universal. Con el tono planetario de la manifestacion. Yo soy guiado por el poder de la navegacion"
Weve exchange emails and Ive promised that will visit them in Santiago. Together we stoped a car but Ive only traveled some 20km north to one of 5 the most beautiful beaches in the world according to National Geographic. Its called Los frailes and really is unusual. Unfortunately battery in my camera died so no pics :(
Ocean and the coast are boring so Ive left quick, going south. Some guyve stoped for me in very strange car. Interior was packed with pictures of some afroman. He explained that he it was his spiritual leader and ill see more once we get to the city. I was in the hurry but the guy was insisting and have said that will buy me a bus ticked wherever I wanted. That works for me :) Once weve got there he explained what his faith is all about, Everyone in the community was really nice and the vegetarian food was just great! Later they put me on the bus to Banios, so I went. On the bus Ive met an American who left States 3years ago but only managed to get to Ecuador so far. Banios Happened to be really nice. Small mountain town but really difficult to leave. Ive wanted to spend there 2 days but actually ive been there for a week. They have active volcano and few really nice hot tabs, for a week I was sitting in the hot tabs. It was nice. I couldnt find a reason to leave or stay. Very strange. Finally Ive left and have gone to Riobamba. Found there really cheap Hostel with worm watter and went to bed cos the next day I was going to Chimborazo.
Inactive volcano Chimboiratzo is the highest peak in Ecuador (6310 m), Ive wanted to get there quite early so ive got a bus bot the "controlador" forgot about me and Ive got off the bus 3km to far. But that was actualy a good thing cos the view was spectacular and wild Vicunas were everywhere. Ive tried to hitchhike but no one stops in the wastelands. People are afraid. The wind was unbearable, small pices of sand where going so fast that once hit the skin, they were cutting it. You could see tiny drops of blood. Crazy. Ive seen that is north of Scotland before but not so much. Ive wrapped myself and went on. Ive found turn to the Park and after a 1km its stoped blowing and became quite nice. For the next 3h ive climbed the altitude of 5000 m. So high up even a small walk turns into a hard task. Ive felt a bit funny but I knew thats because of the altitude. Ive hoped that the next day Ill be fine. I was a little dizzy and it was hard to breath. In addition I was cold, which ive not supposed to. At night the temperature dropped to -10, and i was like a puppet. My arms were going to sleep in any position, despite all the layers I had on I was shaking like jelly and had the worsest headache ever. After one hell of a night, in the morning Ive almost throw up my breakfast. Ive understood that I can go any higher and need to be down as soon as possible. Ive packed my stuff and have pushed myself to go down. Backpack weighted about 25kg and wasnt really easy to carry, fortunately once the altitude dropped ive started to feel better. After 1.5h of walk i was ok and even started to admire the views. Eventually Ive got on the bus to Riobamba and there went stright to bed for a nap. I woke up 18h leater really hungry :) Packed my stuff and went to Ingapirca - my first Inks ruins.....
Just wondered if any one reads that in english?
Labels:
Ecuador
12
comments
Tuesday, 24 February 2009
Quito & Los Cedros



Quito zrobilo na mnie spore wrazenie. Tak naprawde nie wiem czego sie spodziewalem, nie mialem tez zadnych oczekiwan i dlatego pewnie maszerowalem po Centro Historico ze sporym zaskoczeniem. Stare miasto wyglada niesamowicie, kolonialne kamieniczki robia spore wrazenie szczegolnie te ktore sa odnowione. Ladnie wymalowane na bialo, kontrastuja z zadziwiajaco duza liczba mlodych chlopcow (i nie tylko),pucybutow umorusanych pastami od stop do glow. Nie przypadlem im do gustu bo moich zamszowych butow nie da sie na glanc wyszczotkowac. Ze szczytu bazyliki mozna zobaczyc cale stare miasto, ktore z tej perspektywy wyglada dosc imponujaco. Na kazdym rogu ktos cos sprzedaje, 80letni staruszek probuje sprzedac 5 olowkow, 10m dalej jakas kobieta sprzedaje guawy i jakies inne owoco ktorych nigdy wczesniej nie widzialem. Losy na loterie, jakies bony, warzywa, poirackie CD, kosze na bielizne, naklejki, naszywki, jednym slowem wszystko mozna tam kupic od ludzi ktorzy poprostu stoja i wrzeszcza jak glosno tylko moga. To wszystko tworzy dosc specyficzny klimat, taki ktorego sie spodziewalem, i taki ktory mi sie podoba. Po calym dniu w centrum w koncu musialem sie zglosic na lotnisko zobaczyc czy jest juz moj bagaz i na szczescie tam byl. Odetchnalem z wielka ulga bo w poczekalni poznalem pare francuzow, ktorym bagaz zginal tydzien wczesniej. Wybralem najtanszy hostel i pojechalem z mysla o prysznicu i wielkim szorowaniu. Na miejscu okazalo sie ze hostel jest w samym centrum imprezowym Quito i do tego to byl piatek. Naprawde nie mialem ochoty na zabawy. Po takiej podrozy chcialem tylko prysznic i spac. Po prysznicu na stol wjechalo 15l darmowego rumu z cola i amerykanie zabrali sie do oprozniania kotla. Takiej okazji nie puszcza sie bokiem :) przynajmniej nie mialem problemow z zasnieciem. Nastepnego dnia skontaktowalem sie z Andrea a ze w soboty nie pracuje zaraz po mnie przyjechala i pojechalismy z moimi tobolami do niej do domu. Po drodze zachaczylismy o optyka zeby wymienic szklo w moich okularach. Straszna drozyzna jesli chodzi o optykow w Ekwadorze i do tego nie da sie bez badania wzroku. U Andrei zjadlem obiad gotowany przez jej mame na co zreszta sama nalegala i dopiero zrozumialem co to znaczy smazone banany i zupa z bananow, rewelacja. Po kilku sympatycznych dniach z Andrea nadszedl czas ruszac do Los Cedros. Przed wyjazdem z Quito dostalem maila z lista co mam kupic do jedzenia jak dam rade. Okazalo sie ze jest tego jeden pelny worek od ziemniakow. Okolo 25kg jedzenia - ciekawe jak ja sie z tym zabiore - pomyslalem ale, jak sie pozniej okazalo, dla chcacego nic trudnego. Razem z moimi tobolami to wszystko wazy pewnie z jakies 50kg. Zdaje sie ze slyszalem tez jak moje kregi wolaja o pomoc ale jakos daly rade i znalazlem sie na dworcu autobusowym. Tutaj poznalem Krystiana z Nowegii z para Amerykanow, oni tez jechali do Los Cedros. Po okolo 3h niesamowitych widokow znalezlismy sie w malutkiej wiosce na skraju prowincji Pichincha, Chontal, gdzie cierpliwie odczekalismy 4h na karawane mulow, ktora miala zabrac nas dokad jechalismy. Jak juz sie wdrapalismy na muly i ruszylismy to okazalo sie ze jest to szlak przez niesamowite bloto, siegajace czasami brzycha wysokiego mula. Brnelismy tak w deszczu i przez bloto przez 5h az w koncu ukazaly sie na horyzoncie, zaraz za plantacja bananow, domki gdzie czekal na nas cieply obiad. Co za dzien. Bycie mokrym i brudnym nabralo dla mnie calkowicie nowego znaczenia, mozna powiedziec ze moje horyzonty sie poszerzyly ;) Spragniony tego co zawsze chcialem zobaczyc, juz nastepnego dnia pobieglem z aparatem do lasu deszczowego. Wiedzialem ze bedzie mokro, ale ze az tak!! para zbierala sie nawet pomiedzy obiektywem a filtrem. Ale las jest dokladnie taki jak go sobie wyobrazalem Zielony, Mokry, Glosny i Przepiekny Staram sie codziennie wyjsc na spacer albo choc troche posiedziec w lesie. Mialem mala przerwe ze wzgledu na skrecone kolano (pech mnie jeszcze nie opuscil) ale juz jest dobrze. Raz nawet zsunalem sie z urwiska w kolce i niezle sie pokulem ale niema tego zlego, teraz o wiele bardziej zwracam uwage gdzie stawiam kroki :) Kiedys jednak mialem duzo szczescia i udalo mi sie zobaczyc malpy, ktore sa pod scisla ochrona i zostalo ich juz tylko okolo 200 sztuk na wolnosci. Widzialem 4 z nich, nawet rzucaly we mnie galeziami :) Jednak prawdziwa frajde tutaj sprawiaja ptaki. Sa ich setki i sa wspaniale. Wszystkie kolory teczy, wszystkie rozmiary, najrozniejsze dzwieki. Ach gdybym tylko mial tu dobry teleobiaktyw to fajnych zdjec bym napstrykal a tak jest tylko to co widzicie w galeri. Nie wiem czy jestescie w stanie wyobrazic sobie jak tu jest mokro, ponad 8m deszczu na 1m kw. w skali roku. Wszystkie nieuzywane ciuchy mi poplesnialy mimo tego ze sa syntetyczne. Grzyb wyrusl nawet na ladowarce do baterii i na kablach. Ale mozna sie bylo tego spodziewac w koncu jest pora deszczowa. Za to jedzenie jest rewelacyjne i jest go wiecej niz potrzeba. Co wieczor po kolacji siedzimy sobie z Jose i rozmawiamy albo sluchamy muzyki. Ciekawa z niego postac. Wyjechal ze stanow jak mial 21 lat z powodow politycznych i szukal swojego miejsca w Am. Pol. az w koncu przyjechal do Ekwadoru i sie tu osiedlil. Juz 23 lata chroni ten skrawek lasu deszczowego, ktory jest jednym z najbardziej zroznicowanych biologicznie zakatkow naszej planety. Odwalil kawal dobrej roboty. Niedawno przyjechal Gary, naukowiec i fascynat Orchidei a szczegulnie rodziny Dracula. Zabralismy sie i poszlismy razem szukac tych rzadkich a moze (przy odrobinie szczescia) nieznanych jeszcze gatunkow. Wybralismy najdluzszy w rezerwacie szlak, ktory ciagnie sie przez 10km i konczy sie na wysoknosci ponad 2300 m.n.p.m. Dobrnelismy do konca i zalozylismy oboz. Oczywiscie na tej wysokosci w lesie deszczowym nie przestaje padac wiec cala noc lalo. Hamak tez wymaga techniki zeby sie w nim wyspac, ja jako laik obudzilem sie z bolem krzyza :( ale nic to! Zaraz po sniadaniu wzielismy maczety i zabralismy sie za wycinanie dziury w lesie, a to nie takie latwe. jakies 500m zajelo nam okolo 4h w ulewnym deszczu. Gary znalazl gatunki ktore nie powinny tu wystepowac i stwierdzil ze to duze odkrycie i wyjasni wystepowanie jakis dziwnych hybryd. Dobra, dobra - ja myslalem tylko o cieplym obiedzie. Po jakim czasie zdecydowalismy skonczyc na dzis i zejsc do obozu gdzie Gary stwierdzil ze jest mu bardzo zimno i nie zamierza spedzic nastepnej nocy w lesie. Ledwo co udalo nam sie zejsc przed zmrokiem. Jak przyszedl czas zeby wyjezdzac troche bylo mi przykro bo z checia posiedzialbym tu jeszcze ale to normalne jak sie opuszcza miejsce gdzie jest ciekawie. Ze srednia checia myslalem o 5h na grzbiecie mula i blocie, przez ktore trzeba przebrnac. Jednak tego ranka w radiu uslyszelismy ze na dole w Chontal (dokad mialem dojechac na mule) padalo tak mocno ze obsunela sie ziemia na droge i wioska jest odcieta od swiata. Zostalem wiec w Los Cedros. Nastepnego dnia okazalo sie ze wszedzie padalo i w calym kraju nieprzejezdnych jest ponad 80 drog. Niezla to musiala byc burza. Naprawianie zajelo 5 dni wiec mialem moj dodatkowy czas w rezerwacie. Gdy w koncu wyjechalem z Los Cedros mialem mozliwosc podziwiac widoki, poniewaz dzien byl rewelacyjny i widocznosc swietna. To musi byc jeden z najpiekniejszych zakatkow ziemi jakie widzialem. Wysokie zielone gory, bogate doliny i Kondory krozace wysoko nad nimi. Bajka. Bajka jednak nie bylo 5h na mule w glebokim blocie i okazjonalnych twardych traktach gdzie Sarito klusowasla. Do Chontal dotarlem z wielkim bolem tylka i nie tylko. Jak ktorys z was chlopaki sie kiedys zdecyduje na kilku godzinna przejazdzke wierzchem na drewnianym siodle mam rade, NIE UBIERAJCIE BOKSEREK! Ale mimo wszystko podobala mi sie ta przejazdzka. Po poludniu zlapalem autobus do Quito i odwiedzilem Andree. Mysle ze pojade teraz do Otavalo, ale jeszcze zdecydyje ;)
Quito have made quite an impression on me. I didnt know what to expect so I was walking around Centro Historico with big surprise. Old town is looking great, colonial buildings make quite an impact especially the refurbished ones. Painted white they contrast greatly with massive amount of painted black (with shoe polish) young boys who clean shoes and boot everywhere. They didnt like the fact that gringo has a unpolishable boots. From the top of gothic Basilica you can see the whole old town which looks impressive. At every corner people try to sell something, 80 year old man tries to sell 5 pencils, some old woman sells guawas and other fruits that i ve never seen in my life. Lottery tickets, some vouchers, pirate CDs, vegetables, stickers, badges, cosmetics, everything and the people just stand there shouting as loud as they can tring to advertise what they have. All that creates nice specific atmosphere, the one ive expected, the one I like. After long day in the center finally I had to go to the airport again to check if they had my luggage and fortunately they had. While waiting Ive met french couple who were waiting for theirs a week. Online Ive picked the chipest hostel and went thet thinking only about the shower cos its been few days ;) Hostel turned out to be in the night-out center of Quito. It was friday. I really didnt feel like partying, just wanted to sleep, but after a shower 15l of free rum with coke landed on the table. The americans were already working on that :) You cant let an opportunity like that to go passed. I sleep really well that night. Next day Ive contacted Andrea from HC, since it was her day off she came and picked me up. Together we went to optician to fix my glasses (what is really expensive here by the way)and then to hers where I met the parents. Andreas mum cooked for my for the whole time. Some great stuff - fried bananas, banana sup - delicious!!! After few really nice days with Andrea it was time to go to Los Cedros. Day before that I got a shopping list from them.It turned out to be massive amount of food. Whole potato sack! 25 kg! I was pretty pissed off, cause my bag was have enough, but hey they needed it. Somehow Ive managed to carry all that to bus station where Ive met Kristian and American couple. They were going to Los Cedros as well. After 3h of beautiful views we got to small village called Chontal where had to wait 4h more for the mules to come. Once they got there weve climbed up and set off. Quick after that weve found ourselfs in the middle of mud ocean, pretty deep too. It took us 5h in the rain to get to the station but it was a great feeling to see it in the distance. One hell of a day. Being wet and dirty grew to a different level here, you can say that ive expanded my horizons :) First thing next morning I went straight to the rain forest with camera. Ive dreamed about this moment since i was 8. Ive expected it to be wet, but not as wet! steam builds up even in the space between front lens and the filter, but the forest is exactly as Ive imagined it Green, Wet, Loud and Beautiful Every day I try to go out for a walk or just to sit there for a while, although I had a break cause Ive hurt my knee (bad luck is still with me) but its ok now. Once Ive even slide down the cliff right in to spikes, fortunately nothing really happened apart from few spikes in my face, hands and bum :( Now I pay much more attention where I step. Some time ago I had a lot of luck and saw 4 brown-headed spider monkey which are critically endangered and theres only 200 of them left in the wild. They were throwing branches at me:) But the best thing about this place are birds. Theres thousands of them. All colors, all sizes, all noises. If I only had good telephoto lens I would have taken many good pictures but since I havent got one the ones in the gallery have to be enough. I dont know if you can imagine how wet it is here, over 8m of rain on 1sq meter in the year. All my clotes went moldy, despite they are synthetic. Fungus grew even on my battery charger and the cables, but I should have expected that - its a wet season. But the food is great and its more of it than you need. Big, massive portions. Every eve I sit with Jose and we talk or listen music. Hes very interesting character. Left States when he was 21, was traveling around Latin America for a while and eventually settled down in Ecuador. Its been 23 years since hes decided to protect this forest and now it is one of the most biodiversed areas in the world. Hes done pretty good job. Some time ago Gary has come for few days. Hes a Orchid freak especially the Dracula ones. He wanted to try to find couple of those really rare plants and maybe even a new species. Ive decided to go with him so we went. Weve chosen the longest trail that goes for 10km and climbs to the altitude of 2300m. Pretty tired got to the top and set the camp. So high in rain forest always rains and this night wasnt different so it was quite miserable and I dont really know how to sleep in the hammock so in the morning I was already a little tired and my back was funny. But I was looking forward to the exploration. Just after breakfast weve taken our machetes and have started to cut out a whole in the forest. Its not so easy. It took us about 4h to make atrail 500m long. It was poring. Gary have found some Orchids that not supposed to be here and that apparently will explain a phenomena of some weird hybrids in this area. I was jus hungry and have wanted only hot lunch. After some time weve decided to go down to the camp where Gary was really cold and didnt want to spend another night in the forest. We got to the station when it was getting dark. When it was time to leave Ive felt a little sad and didnt want to leave, but thats normal with the places which you like. I wasnt looking forward to 5h on to back of the mule and the mud that it had to go trough. However this morning on the radio weve heard that the night storm was so bad that there has been big land slide over the road and Chontal is cut out from outside world. I have stayed then. Next morning weve found out that it was raining in whole country and there has been over 80 land slides. Ecuador was paralysed. It must have been quite a storm. It took 5 days to fix that so I had some extra time in the reserve. Once I got out I had a chance to admire the views cos the day was sunny and visibility great. This must be one of the most beautiful places Ive seen. High green peeks, rich valleys and the Condors flying above. Its like a fairy tail. However far from perfect was 5h on sarito in a deep mud and occasional hard distances where sheve run. To Chontal Ive came with sore bum and not only. If one of you guys will ever decide to ride big animal on a wooden sadle please take my advise - DONT WEAR BOXERS! But anyway ive enjoyed that trip. In the afternoon Ive got to Quito and have visited Andrea. I think Ill go to Otavalo now but dont know yet :)
Labels:
Ecuador
12
comments
Thursday, 29 January 2009
Podroz/The Trip
No i sie zaczelo, w niedzile 04.01 wsiadlem w stary zaslozony dwupoziomowy pociag z Miastka do Szczecinka i potem dalej do Poznania. Pozegnana zazwyczaj nie sa latwe (dlatego zazwyczaj znikam bez pozegnania) i tym razem tez tak bylo no ale w koncu jakos wyjechalem i jestem juz oficialnie w podrozy:) siedzialem tak w tym pociagu i rozne mysli zaczely mnie nachodzic, chyba zaczalem sie bac ze taki sam jak palec tam bede i to bez jezyka ale trzeba sobie bedzie radzic. Nieswiadomy tego jak potoczy sie reszta przeprawy na lotniskach pojechalem do Poznania a na nastepny dzien do Krakowa skad polecialem do Mediolanu i na tym koniec dobrej passy. W Mediolanie pieknie proszyl snieg, wszystko wygladalo tak pieknie i niewinnie. Jako ze odlatywalem z innego lotniska niz przylecialem musialem sie tam przemiescic ale postanowilem to zrobic dopiero rano i przez cala noc uzeralem sie z policja o miejsce do spania. Rano pojechalem do centrum Mediolanu i tam troche sobie polazilem ale chodniki przykryte byly z 25 centymetrami sniegu wiec zaraz pojechalem na lotnisko a tu sie okazalo ze wiekszosc lotow jest opozniona z powodu pogody (moj rowniez) ale to nic bo ja lot z Madrytu do Bogoty mialem dopiero nastepnego dnia popoludniu. Poznalem sympatyczne greczynki i szybko uplynelo kilka godzin. Okazalo sie ze dziewczyna odwolano lot do Aten i poszly zalatwiac formalnosci, pomyslalem sobie ze dobrze ze to nie moj lot bo jeszcze bym nie zdazyl na czas do Madrytu, i co? moj tez odwolano, grrr zaczalem sie miotac i zalatwiac jakis inny lot. Udalomi sie zarezerwowac cos o 6.30 nastepnego ranka (nie bez problemow). Niestety snieg nie przestal padac w nocy i wiekszosc lotow rano juz byla opozniona ale na szczescie nie moj. Zaczalem sie martwic co to bedzie jak faktycznie moj sie opozni ale o czasie nas wpuszczono do samolotu i musze przyznac ze odetchnalem z ulga. I tak siedzac w samolocie powiedziano nam ze nagle zdecydowano zamknac lotnisko na pare godzin i lot odwolano. Stalo sie jasnym ze nie zdaze do Madrytu na przesiadke i trzeba bylo kombinowac co dalej. Staralem sie przerezerwowac bilet do Bogoty na inny dzien ale nic z tego nie wyszlo. Poznalem Marie Angele z Urugwaju i Ewe z Polski i razem staralismy sie jakos dostac do Hiszpanii. w koncu sie nam udalo i prosto po przyjezdzie pobieglem do biura Avianci zobaczyc czy cos sie da zrobic z moim lotem. Okazalo sie za jak zaplace 200 euro kary moga mnie wsadzic do nastepnego samolotu
- kiedy jest nastepny samolot - spytalem
- za 45 minut, prosze sie decydowac szybko - odpowiedziala mile Pani z okienka
wiec zaplacilem, i glodny wsiadlem do samolotu na 11 godzinna podroz. Ze snu wyrwalo mnie ladowanie,az nie wierzylem ze tak mocno spalem. Wyladowalismy, zabralem sie i wysiadlem. Celnicy Kolumbijscy oczywiscie zadali wizy, ktora rzad zniosl jakis czas temu ale w koncu sie udalo i mnie wpuscili. Wyszedlem na glowna hale lotniska i rozgladajac sie zauwazylm ze stad gdzie jestem odlatuja samoloty do Bogoty! co? jak to przeciez ja jestem w Bogocie, pomyslalem. Pospieszylem do biura Avianci a tam sie okazalo ze samolot wyladowal w Kali i juz odlecial. Nastepny lot do Bogoty za godzine ale musze kupic bilet za 250 dolarow. Co to, to nie. Pobieglem do bramki z ktorej wpuszczano na ten wlasnie samolot i staralem sie wytlumaczyc co sie stalo. Pani byla o wiele bardziej pomocna i powiedziala nawet ze samolot ktorym przylecialem dalej stoi na pasie bo cos sie stalo i nie mogl jeszcze odleciec. Uprzejmie zawolala jakiegos gbura, ktory z najewieksza lacha odprowadzil mnie tam gdzie powinienem byc. Zaloga samolotu miala niezly ubaw :)
W koncu dolecialem do Bogoty i tam dopiero mialem chwile zeby napisac wiadomosc ze przyjezdzam, Andrei z hospitality clubu. niestety nie dostala jej na czas i nie bylo jej na lotnisku, czym jednak nie przejalem sie tak bardzo poniewaz moj bagaz tez sie nie pojawil :( Po kolejnej nocy na lotnisku wyszedlem zobaczyc co Quito ma do zaoferowania i wszystko byloby pieknie gdybym przypadkowo nie upuscil okularow ktore rozsypaly sie w drobny mak :( grrrrrr wszystko idzie nie tak jak powinno, ile ja jeszcze bede musial znosic?
Jestem teraz w Los Cedros i internet dziala tu bardzo wolno wiec nie moge zadnych zdjec wam pokazac ale jak bede gdzies indziej to zaraz to sie zmieni ;)
It has begun. On Sunday 04.01. I've got in to the old double-decker train in Miastko and went to Szczecinek and than further along to Poznan. Goodbyes are always hard (that’s why I usually leave without one) this time wasn't different but eventually I got through and officially I’m on the road:) While I was in that train weird thoughts started to come to my mind, probably cause Ill be alone for that long and without a language whatsoever, but will have to deal with that. Not knowing what the rest of the trip going to be like I came to Poznan and then the next day went to Krakow where gat to a plane to Milan, and that is the end of my good luck. In Milan it was snowing, everything looked so pretty and nice. My plane landed on different airport that my next flight was from so I had to figured out how to get there, but since it was late I decided to do that in the morning and all night I was fighting with police about place to sleep. In the morning I went to Milan, wanted to walk a bit but whole city was covered with 25cm of fresh snow so I decided to go to airport. Once I got there I saw massive crowd of people and realized that something is not right. Majority of the flights were late (including mine). I wasn’t worried to much cause I had to be in Madrid the next day afternoon so I figured that's enough time. Met nice Greek girls (Cassandra and Anna) who helped me with boredom. In few hours we heard announcement that flight to Athens is cancelled and the girls left to try to get another flight. I thought that its good that wasn't my flight cause I would have problems with getting to Madrid on time, and what? They cancelled mine flight as well. I was trying to book another flight and finally managed to get place for the flight in the morning. Next day I got up at 5a.m. only to see that majority of the flights is late but not mine. It was still snowing behind the windows and everything outside looked very white. The gate opened in time and nice lady let us in the plane, and once I was comfortable in the plane I thought that everything is going to be fine, then I heard from the speakers that the officials decided to close the airport. I realized that I will not manage to get to Madrid. Tried to change the reservation but I couldn’t. I have met Maria Angela from Uruguay and Ewa from Poland, together we've tried to get to Madrid. Finally next morning we landed in Barajas and I went straight to Avianca office to find out if there's anything they can do about that missed flight. The lady said that if I pay 200 euros penalty she can put me on the next flight
"when is the next flight" I’ve asked
"in 45 minutes, you have to decide quick" she answered very politely
so I’ve paid, didn't have choice. The landing have woke me up, I couldn’t believe that I slept so deep. The crew have opened the door and I left. On the border people have demanded visa which poles don't need. Eventually they let me in and I set my first steps in South America. On the airport screens I've noticed that oddly from here I can flight to Bogota!
WHAT?
"I am in Bogota" I thought. Went quickly to Avianca office and here I've found out that plane has landed in Kali before going to Bogota and its gone now. Next was an hour lather but I had to buy a ticked for 250 dollars. Ohhhh no!
I've run to the check in lady and explained the situation, she said that the plain which have brought me here hasn’t left yet cause something happened and its still on the lane. She’s called some guy who took me all the way to the plane. The crew had a good laugh.
Finally I’ve landed in Bogota and only now I had some time to write a message to Andrea from Hospitality Club but she didn't get it and once I’ve came to Quito she wasn't there, but I didn't worry about that cause my luggage hasn't arrived ether. After next night on the airport I’ve finally got out to see something and accidentally have dropped my glasses which broke, grrrrrrrrrrrrrrrrr everything goes wrong! How much will I have to put up with?
I’m in Los Cedros now. The internet is very slow so I can’t upload a pictures but ones I’m out I’ll do so and will write about this place cause it’s brilliant.
Cheerio
- kiedy jest nastepny samolot - spytalem
- za 45 minut, prosze sie decydowac szybko - odpowiedziala mile Pani z okienka
wiec zaplacilem, i glodny wsiadlem do samolotu na 11 godzinna podroz. Ze snu wyrwalo mnie ladowanie,az nie wierzylem ze tak mocno spalem. Wyladowalismy, zabralem sie i wysiadlem. Celnicy Kolumbijscy oczywiscie zadali wizy, ktora rzad zniosl jakis czas temu ale w koncu sie udalo i mnie wpuscili. Wyszedlem na glowna hale lotniska i rozgladajac sie zauwazylm ze stad gdzie jestem odlatuja samoloty do Bogoty! co? jak to przeciez ja jestem w Bogocie, pomyslalem. Pospieszylem do biura Avianci a tam sie okazalo ze samolot wyladowal w Kali i juz odlecial. Nastepny lot do Bogoty za godzine ale musze kupic bilet za 250 dolarow. Co to, to nie. Pobieglem do bramki z ktorej wpuszczano na ten wlasnie samolot i staralem sie wytlumaczyc co sie stalo. Pani byla o wiele bardziej pomocna i powiedziala nawet ze samolot ktorym przylecialem dalej stoi na pasie bo cos sie stalo i nie mogl jeszcze odleciec. Uprzejmie zawolala jakiegos gbura, ktory z najewieksza lacha odprowadzil mnie tam gdzie powinienem byc. Zaloga samolotu miala niezly ubaw :)
W koncu dolecialem do Bogoty i tam dopiero mialem chwile zeby napisac wiadomosc ze przyjezdzam, Andrei z hospitality clubu. niestety nie dostala jej na czas i nie bylo jej na lotnisku, czym jednak nie przejalem sie tak bardzo poniewaz moj bagaz tez sie nie pojawil :( Po kolejnej nocy na lotnisku wyszedlem zobaczyc co Quito ma do zaoferowania i wszystko byloby pieknie gdybym przypadkowo nie upuscil okularow ktore rozsypaly sie w drobny mak :( grrrrrr wszystko idzie nie tak jak powinno, ile ja jeszcze bede musial znosic?
Jestem teraz w Los Cedros i internet dziala tu bardzo wolno wiec nie moge zadnych zdjec wam pokazac ale jak bede gdzies indziej to zaraz to sie zmieni ;)
It has begun. On Sunday 04.01. I've got in to the old double-decker train in Miastko and went to Szczecinek and than further along to Poznan. Goodbyes are always hard (that’s why I usually leave without one) this time wasn't different but eventually I got through and officially I’m on the road:) While I was in that train weird thoughts started to come to my mind, probably cause Ill be alone for that long and without a language whatsoever, but will have to deal with that. Not knowing what the rest of the trip going to be like I came to Poznan and then the next day went to Krakow where gat to a plane to Milan, and that is the end of my good luck. In Milan it was snowing, everything looked so pretty and nice. My plane landed on different airport that my next flight was from so I had to figured out how to get there, but since it was late I decided to do that in the morning and all night I was fighting with police about place to sleep. In the morning I went to Milan, wanted to walk a bit but whole city was covered with 25cm of fresh snow so I decided to go to airport. Once I got there I saw massive crowd of people and realized that something is not right. Majority of the flights were late (including mine). I wasn’t worried to much cause I had to be in Madrid the next day afternoon so I figured that's enough time. Met nice Greek girls (Cassandra and Anna) who helped me with boredom. In few hours we heard announcement that flight to Athens is cancelled and the girls left to try to get another flight. I thought that its good that wasn't my flight cause I would have problems with getting to Madrid on time, and what? They cancelled mine flight as well. I was trying to book another flight and finally managed to get place for the flight in the morning. Next day I got up at 5a.m. only to see that majority of the flights is late but not mine. It was still snowing behind the windows and everything outside looked very white. The gate opened in time and nice lady let us in the plane, and once I was comfortable in the plane I thought that everything is going to be fine, then I heard from the speakers that the officials decided to close the airport. I realized that I will not manage to get to Madrid. Tried to change the reservation but I couldn’t. I have met Maria Angela from Uruguay and Ewa from Poland, together we've tried to get to Madrid. Finally next morning we landed in Barajas and I went straight to Avianca office to find out if there's anything they can do about that missed flight. The lady said that if I pay 200 euros penalty she can put me on the next flight
"when is the next flight" I’ve asked
"in 45 minutes, you have to decide quick" she answered very politely
so I’ve paid, didn't have choice. The landing have woke me up, I couldn’t believe that I slept so deep. The crew have opened the door and I left. On the border people have demanded visa which poles don't need. Eventually they let me in and I set my first steps in South America. On the airport screens I've noticed that oddly from here I can flight to Bogota!
WHAT?
"I am in Bogota" I thought. Went quickly to Avianca office and here I've found out that plane has landed in Kali before going to Bogota and its gone now. Next was an hour lather but I had to buy a ticked for 250 dollars. Ohhhh no!
I've run to the check in lady and explained the situation, she said that the plain which have brought me here hasn’t left yet cause something happened and its still on the lane. She’s called some guy who took me all the way to the plane. The crew had a good laugh.
Finally I’ve landed in Bogota and only now I had some time to write a message to Andrea from Hospitality Club but she didn't get it and once I’ve came to Quito she wasn't there, but I didn't worry about that cause my luggage hasn't arrived ether. After next night on the airport I’ve finally got out to see something and accidentally have dropped my glasses which broke, grrrrrrrrrrrrrrrrr everything goes wrong! How much will I have to put up with?
I’m in Los Cedros now. The internet is very slow so I can’t upload a pictures but ones I’m out I’ll do so and will write about this place cause it’s brilliant.
Cheerio
Labels:
Beginnings
6
comments
Subscribe to:
Posts (Atom)